CZYTELNIA - ALARM W POŚCIELI
Rewolucja
Od 40 lat żyjemy w świecie wyzwolenia seksualnego. Przez cały ten czas nauczyliśmy się tylko jednego: że wyzwolenie nie rozwiązuje problemów związanych z seksem, lecz raczej je pomnaża. Esej brytyjskiego filozofa Rogera Scrutona.
Alarm w pościeli
Philip Larkin napisał w znanym wierszu, że stosunek płciowy narodził się w roku 1963. Do tamtej pory tradycyjna moralność seksualna narzucała powszechne uznanie małżeństwa za jedyną prawomocną drogę zaspokojenia seksualnego. Łatwo zrozumieć taką moralność. Ma ona wyrazistą funkcję społeczną: zagwarantować stabilność rodzin i transfer kapitału społecznego z jednego pokolenia na drugie. Jest też racjonalna, nadaje bowiem sens takim zjawiskom, jak miłość, zobowiązanie, zazdrość, zaloty czy dramat płci. Problem polega na tym, że tworząc przeszkody na drodze do zaspokojenia przyjemności, ta tradycyjna moralność prowokuje, by ją porzucić. Toteż ją porzuciliśmy, a towarzysząca temu eksplozja radości bardzo szybko ustąpiła nerwowemu przełykaniu śliny.

Napaść seksualna

Sytuacja, w której znajdujemy się obecnie, jest pod wieloma względami nowa. Najciekawszą sprawą jest zapewne olbrzymi wysiłek, jaki wkłada się dziś w przezwyciężenie bądź pozbycie się wstydu. Księga Rodzaju opowiada historię upadku człowieka, spowodowanego zjedzeniem jabłka z drzewa wiadomości. Zgodnie z Biblią, zanim skosztowali zakazanego owocu, „byli oboje nadzy, to jest Adam i żona jego, a nie wstydzili się”. Gdy tylko go jednak spróbowali, „otworzyły się oczy obojga; a gdy poznali, że byli nagimi, pozszywali liście figowe i poczynili sobie zasłony”.

Gdy zrobisz coś złego, a ktoś to odkryje, odczuwasz wstyd. Tego rodzaju wstyd to uczucie natury moralnej, oparte na przekonaniu, że ktoś inny cię ocenia. Nie o to jednak chodzi w przytoczonych powyżej fragmentach dotyczących wstydu seksualnego.

Wstyd seksualny różni się od wstydu moralnego pod dwoma względami. Po pierwsze nie jest to przyznanie się do występku: wręcz przeciwnie, zaświadcza on o niechęci do popełnienia czynu występnego bądź do uczestnictwa w nim. Po drugie, w odróżnieniu od wstydu moralnego, wstyd seksualny nie wiąże się z niepokojącą myślą, że ktoś ocenia cię jako osobę, jako wolną istotę, jako podmiot moralny. Wręcz przeciwnie, rodzi się z przekonania, że oceniany jesteś jako ciało, mechanizm – jako przedmiot. Dlatego też niemiecki filozof Max Scheler określił wstyd seksualny mianem Schutzgefühl, uczucia ochronnego, broniącego nas przed nadużyciem – ze strony innych bądź nas samych.

Gdy tracimy zdolność do odczuwania wstydu, nie odzyskujemy zwierzęcej niewinności: stajemy się bezwstydni, to zaś oznacza, że nic nie chroni nas już przed seksualną napaścią.

Listki figowe

W roku 1963 wstyd wciąż jeszcze istniał. Ludzie w parach ukrywali swoje pożądanie przed światem, a czasem i przed sobą nawzajem – przynajmniej do chwili, gdy można je było jednoznacznie wyrazić. Na nieprzyzwoitość się krzywiono, a celowali w tym sami prorocy wyzwolenia tacy jak Herbert Marcuse czy Norman O. Brown. Seks był dla nich czymś pięknym, może nawet świętym, czymś, czego nie powinien kalać obsceniczny język, szaletowy humor czy ekshibicjonistyczne pokazy. Później jednak wstyd wygnano z naszej kultury. Świadczy o tym Reality TV, która powinna nazywać się Fantasy TV, na tym bowiem polega jej funkcja. Usunięto wszystkie listki figowe – z języka, myśli i zachowania – i oto na ekranie mamy przed sobą zdziczałe bachory uprawiające swoje obsceniczne gierki. Nie jest to piękny widok, ale wcale nie miał taki być.

Ten bezwstyd wspomaga edukacja seksualna w naszych szkołach, która stara się zarówno zniwelować różnice dzielące nas od innych zwierząt, jak i usunąć wszelki ślad tego co zakazane, niebezpieczne czy święte. Zgodnie ze standardowymi podręcznikami propagowanymi obecnie przez brytyjski resort edukacji wstyd to pewna ułomność. Inicjacja seksualna uczy, jak przezwyciężyć takie „negatywne” uczucia, uwolnić się od wątpliwości i cieszyć „dobrym seksem”. Pytania o to, „kto”, „z kim” czy „która płeć”, to kwestie osobistego wyboru – edukacja seksualna nie ma go za nas podejmować, a jedynie ułatwić.

W ten sposób zachęcamy dzieci do przedwczesnego, bezosobowego zainteresowania własną seksualnością, a równocześnie dostajemy histerii na myśl o wszystkich tych pedofilach grasujących po mieście, podczas gdy w istocie są to pedofile w naszym ogródku. Świadczy to niezbicie, że wstyd to nie luksus ani tym bardziej żadne zahamowanie, które winniśmy przezwyciężyć, lecz integralna część kondycji ludzkiej. To uczucie, bez którego nie może rozwinąć się autentyczne pragnienie seksualne. Jeśli istnieje coś takiego jak autentyczna edukacja seksualna, uczy ona dzieci odczuwać wstyd, a nie go przezwyciężać.

Równie nową sprawą jest zanik pojęcia normalnego pożądania seksualnego. W roku 1963 wciąż jeszcze uważaliśmy homoseksualizm za perwersję, choć może efektowną i godną poza­zdroszczenia. Wciąż jeszcze wierzyliśmy w normalny przebieg seksualnej fascynacji, kiedy to mężczyzna i kobieta schodzą się za obustronną zgodą i ku obustronnemu zadowoleniu. Seks z dziećmi uważaliśmy za coś odrażającego, seks ze zwierzętami – za coś nie do pomyślenia, chyba że w fikcji literackiej.

Pułapka homofobii

Za sprawą zmasowanej propagandy lobby gejowskiego, a także kłamliwej pseudonauki uprawianej przez Instytut Kinseya (którego szarlatański założyciel został już zaliczony do świętych i bohaterów), porzuciliśmy pojęcie perwersji i oficjalnie przyjęliśmy wizję „orientacji seksualnej” jako czegoś naturalnego i nieuniknionego.

W istocie sprawy zaszły jeszcze dalej. Około roku 1963 filozof Michael Polanyi przedstawił teorię „inwersji moralnej”, zgodnie z którą dezaprobata skierowana niegdyś przeciw jakimś działaniom może zwrócić się przeciw ludziom, którzy wciąż odnoszą się do nich z dezaprobatą. Za pomocą inwersji moralnej chronimy się przed naszymi dawniejszymi poglądami i przed poczuciem winy, które dręczy nas, ponieważ te poglądy zarzuciliśmy. Inwersja moralna ma tak silny, deformujący wpływ na debatę dotyczącą inwersji seksualnej, że nieomal całą tę debatę tłumi.

Wyrażenie opinii, że byłoby lepiej, gdyby dzieci nie miały kontaktu z homoseksualizmem i nie były zachęcane do myślenia o nim jako o czymś normalnym, że scena gejowska nie jest niewinnym zjawiskiem, za jakie się podaje, lecz w istocie formą seksualnej napaści – wyrażenie dziś takiej opinii, nawet opatrzonej wątpliwościami i znakami zapytania, jest równoznaczne ze ściągnięciem na swoją głowę zarzutu homofobii. To zaś pociąga za sobą koniec kariery w dowolnym miejscu, takim jak uniwersytet, do którego podstawowych zasad należy ponoć swoboda myślenia. W tej sferze, podobnie jak w wielu innych, stosuje się naczelna reguła liberalizmu, że mianowicie wszystkie opinie są dozwolone, o ile tylko są liberalne.

Nowy wreszcie jest sposób, w jaki obecnie opisuje się seks i akt seksualny. W roku 1963 można było po prostu wierzyć, że język „Kochanka Lady Chatterley” chroni moralne jądro doznań seksualnych i ukazuje je słusznie jako coś pięknego i osobistego. Dla Lawrence’a i jego wyzwolonych następców seks był wciąż jeszcze czymś świętym, czego nie należy bezcześcić. Dziś, 40 lat później, opisujemy seks w poniżających, bezosobowych kategoriach. Utraciwszy resztki poczucia, że człowiek stworzony jest na „obraz i podobieństwo Boga”, mścimy się na ciele, opisując je w języku, który zwolennicy Lawrence’a uznaliby za profanację. Znaczną część odpowiedzialności ponosi w tej kwestii pornografia. Można analizować obraz i dostrzec na nim jedynie linie, kolory i kształty, nie dostrzegając jaśniejącej w nich i poprzez nie twarzy. Podobnie można patrzeć na osobę i widzieć tylko ciało, a nie osobę, która je zamieszkuje. To właśnie nasze seksualne zainteresowanie stawia nas w obliczu wyboru: czy będziemy patrzeć na drugą osobę jak na podmiot, czy jak na przedmiot.

Tłumaczy to urok i niebezpieczeństwa pornografii, która przedstawia ludzi jako przedmioty, tak że ciało staje się osobliwie nieprzejrzyste, niczym mury więzienia, za którymi skrywa się ludzka osoba: niewidzialna, niesłyszalna, niedostępna. Pornografia ludzi odrzuca, a zarazem fascynuje; dziś, gdy dostępna jest w internecie, wydaje się, że oglądają ją niemal wszyscy. To rosnące przyzwolenie dla pornografii, którą wkrótce zacznie się uważać za biznes jak każdy inny, a przed krytyką chronić ją będzie taka sama inwersja moralna, jaka dziś ochrania homoseksualizm, błyskawicznie przeobraża sposób, w jaki postrzegane jest ludzkie ciało. Aby zrozumieć tę przemianę, można przywołać wprowadzone przez Kennetha Clarka rozróżnienie między ciałem nagim a ciałem rozebranym.

Ludzkie zwierzę

Na obrazach Tycjana przedstawiających nagie kobiety często można odnaleźć salonowego pieska, którego oczy i postawa wyrażają żywe zainteresowanie kobietą spoczywającą na sofie. Psy nie wiedzą, co to znaczy być rozebranym, a ich spokój i brak wszelkiego zażenowania w obliczu ludzkiego ciała przypomina nam, jak inaczej od nas owo ciało postrzegają. W ten sposób Tycjan zabiera nas z powrotem do edenu, pouczając, że nie powinniśmy postrzegać tego ciała jako rozebranego, tak jakby przedstawiona kobieta obnażała się przed nami niczym dziewczyna ze świerszczyka. Ta naga piękność nie oferuje swej seksualności nam. Jej seksualność trwa w uśpieniu i oczekiwaniu – w oczekiwaniu na kochanka, któremu zostanie ofiarowana bez wstydu, lecz nie bezwstydnie.

Pies przypomina nam, że owa kobieta – w odróżnieniu od zwierzęcia – zdolna jest do odczuwania wstydu, choć nie jest ani zawstydzona, ani bezwstydna. Ten doniosły fakt prezentuje się nam nie jako pewną ideę, teorię, lecz jako objawienie. Takie objawienie mieści w sobie każda ludzka postać, lecz skrywa się ono za sprawą naszej codziennej krzątaniny, sztuka musi je więc dla nas odzyskiwać i prezentować wciąż na nowo.

Ludzie na zdjęciach pornograficznych nie są nadzy jak Wenus Tycjana, lecz rozebrani – nawet jeśli mają na sobie jakiś przyodziewek. W centrum uwagi znajduje się tutaj akt seksualny i seksualne organy, które zostają obnażone, uchwycone przez aparat fotograficzny i odarte z jakichkolwiek osobistych uczuć. Tym samym pornografia powoduje przemieszczenie zainteresowania: z osoby ludzkiej jako przedmiotu miłości i pożądania na ludzkie zwierzę, przedmiot fantazji, które można wiązać z różnymi obiektami.

Maszyneria seksu

To przemieszczenie jest zarazem profanacją. Skupiając się na niewłaściwej sprawie, zanieczyszczamy i poniżamy to co właściwe. W pornografii pożądanie zostaje oderwane od miłości i powiązane z niemą maszynerią seksu. Ma to równie niszczący wpływ na dorosłych, co nowoczesna edukacja seksualna ma na dzieci. Podważa bowiem samą możliwość prawdziwej miłości erotycznej, która pojawia się jedynie wówczas, gdy akt seksualny obwarowany jest zakazami i zaoferowany jako dar i znak zaangażowania.

Łatwo jednak wyjaśnić rozwój internetowej pornografii. Pornografia spełnia pewną funkcję, która polega właśnie na uwolnieniu nas od zobowiązań. Życie w rzeczywistym świecie pełne jest trudności i zawstydzenia. Najtrudniejsze pod tym względem są kontakty z innymi ludźmi: sama ich obecność stawia nam wymagania, których często wolelibyśmy nie spełniać. Jeśli ludzie mają być gotowi do poświęceń, na których opiera się długotrwały związek, potrzeba olbrzymiej siły i pożądania związanego z konkretną osobą, traktującego ją jako jedyną i niezastąpioną. Znacznie łatwiej jest uciec w świat surogatów, które ani nie wzbudzają w nas zawstydzenia, ani nie opierają się naszym wysiłkom. Coraz chętniej ludzie budują sobie uległy świat pożądania, w którym erotyczna moc ulega rozproszeniu, a wymogi miłości – zanegowaniu.

Rezultatem fantazji pornograficznej jest zatem „utowarowienie” obiektu pożądania, zastąpienie miłości i resztek jej sakramentu regułami wymiany. Gdy seks staje się towarem, najważniejsze sanktuarium ludzkich ideałów przekształca się w rynek, a wartości zostają sprowadzone do ceny. Do tego właśnie doszło w ostatnich kilku dekadach i jest to fundamentalny fakt dotyczący kultury postmodernistycznej, ostateczna przyczyna czegoś, co obserwuje się i komentuje na każdym kroku: tego mianowicie, że nasza kultura pozbawiona jest nie tylko wstydu, ale i miłości. Albowiem w naszych oczach ciało ludzkie uległo degradacji – z podmiotu stało się przedmiotem; nie widzimy już osoby, tylko narzędzie.

Rozróżnienia na ciało i osobę nie trzeba wyjaśniać w kategoriach fizycznego ciała i eterycznej duszy. Chodzi tu raczej o różnicę między dwoma sposobami patrzenia na naszą cielesność. Nie możemy też tak naprawdę odnieść tego rozróżnienia do innych rzeczy na świecie. Kryje się w nim jednak część prawdy o naszej kondycji. I tylko wówczas, gdy patrzymy na ludzi, jak należy, tak że ich cielesność staje się przejrzysta i poprzez nią docieramy do ich niepowtarzalnej, samoświadomej perspektywy, jesteśmy w stanie dostrzec rzeczywistość moralną.

Gwałt na randce

To właśnie o tę rzeczywistość moralną chodzi w idei, zgodnie z którą jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. Możecie tę formułę traktować metaforycznie; tak czy inaczej odnosi się ona do czegoś całkiem rzeczywistego, a mianowicie do wcielenia w ludzkiej postaci pewnej wolnej istoty, zdolnej do pożądania, miłości, zaangażowania – a także do odczuwania wstydu. Tę rzeczywistość widzieliśmy jeszcze kilka dekad temu; dziś jesteśmy jeszcze w stanie ją dostrzec, lecz jakby w zwierciadle, niejasno.

Te radykalne zmiany niosą ze sobą konsekwencje, których w roku 1963 nikt nie potrafił przewidzieć. Wówczas zakładano jeszcze, że mężczyźni zalecają się do kobiet, a kobiety ulegają im dopiero wówczas, gdy gotowe są już do całkowitego przyzwolenia. Odpowiedzialność za to, co stało się później, ponoszą zarówno kobiety jak i mężczyźni. Owego założenia nie można już przyjąć. W świecie „bezpiecznego seksu” te dawne obyczaje zalotów wydają się nudne i zbędne. Jeśli seks jest tylko przyjemną transakcją, której można dokonać w internecie i którą reklamuje się w szkołach, przyzwolenie okazuje się i uzyskuje nader łatwo.

Wydaje się jednak, że przyzwolenie zaoferowane tak swobodnie i bez oglądania się na wstępne zabiegi, które niegdyś uważano za niezbędne, nie jest w istocie przyzwoleniem i można je wycofać w każdej chwili, nawet retrospektywnie. Oskarżenia o molestowanie czy nawet gwałt na randce są zawsze na podorędziu. Policzek, który zwykł ukrócać nachalne awanse, wymierzany jest teraz po fakcie i to w sposób znacznie bardziej zabójczy: w postaci, która nie ma już charakteru prywatnego, intymnego, lecz w formie, która sprawia, że sytuacja jest już nie do naprawienia – w postaci publicznej, zmilitaryzowanej i (przynajmniej w Ameryce) obwarowanej bezwzględną obiektywnością prawa.

Gwałt na randce to obecnie poważna, coraz powszechniejsza zbrodnia na amerykańskich uniwersytetach. Nie ma znaczenia, że dziewczyna powiedziała „tak”, ponieważ „tak” znaczy „nie”. Wobec braku kobiecej skromności, namiętnych zalotów i męskiego zachowania – wciąż jeszcze powszechnych w roku 1963 – nie możesz już mieć pewności, że kobieta wie, co robi, kiedy robi to z tobą. Dowodzi to, że „bezpieczny seks” jest w istocie najeżony niebezpieczeństwami jak żaden inny. Może być tak, że małżeństwo jest jedyną postacią bezpiecznego seksu, jaką znamy. Wraz z gwałtem na randce pojawiła się mniej poważna zbrodnia, czyli molestowanie seksualne, które, szczerze mówiąc, nie jest niczym innym jak zalotami nieatrakcyjnego mężczyzny. W roku 1963 choreografię uwodzenia łączyły jeszcze genetyczne związki z instytucją małżeństwa. Od tego czasu uległa jednak degeneracji, tak że mężczyźni zmuszeni są wyjawiać bezpośrednio swoje intencje, a nie uczy się ich skrywać swoich pragnień za propozycją opieki. W rezultacie nieatrakcyjni mężczyźni, ujawniający swoje pożądanie przed niechętnymi im kobietami, wystawieni są na poniżenie. A ponieważ panie, bez względu na swoje przeszkolenie w feministycznej ideologii, pogardzają mężczyznami, którzy nie zachowują się jak mężczyźni i zdają się traktować je jak towar, molestowanie seksualne stało się ciężkim, coraz częstszym oskarżeniem. Stało się sposobem, w jaki kobiety dają upust swojej generalnej wściekłości na mężczyzn – wściekłości, która sama jest długofalową konsekwencją wyzwolenia seksualnego, jednym z najbardziej przygnębiających elementów dziedzictwa roku 1963.

Przez 40 lat staraliśmy się zaprzeczyć naturze ludzkiej i wysuwaliśmy czysto teoretyczne założenia idące pod prąd obyczajów i instynktów, które w tej czy innej postaci istniały od początku udokumentowanych dziejów ludzkości. Nie anulujemy wyzwolenia seksualnego; powinniśmy jednak próbować je okiełznać, by ocalić naturalny ład, któremu zagraża, i ochronić dwa zjawiska, które od 1963 r. uległy tak głębokiej degeneracji: miłość i wychowywanie dzieci.

Roger Scruton

Źródło
Roger Scruton, The Spectator, 16.04.2005
Wiesz?
Znasz inne ciekawe teksty - napisz. KONTAKTY

idź na początek strony

Strona aktualizowana: 17 lutego 2007
Prawa autorskie zastrzeżone (c) Artur Ornatowski 2002-2007 Ograniczenie odpowiedzialności