|
|
Philip Larkin napisał w znanym
wierszu, że stosunek płciowy narodził się w roku 1963. Do tamtej pory
tradycyjna moralność seksualna narzucała powszechne uznanie małżeństwa za
jedyną prawomocną drogę zaspokojenia seksualnego. Łatwo zrozumieć taką
moralność. Ma ona wyrazistą funkcję społeczną: zagwarantować stabilność
rodzin i transfer kapitału społecznego z jednego pokolenia na drugie. Jest
też racjonalna, nadaje bowiem sens takim zjawiskom, jak miłość,
zobowiązanie, zazdrość, zaloty czy dramat płci. Problem polega na tym, że
tworząc przeszkody na drodze do zaspokojenia przyjemności, ta tradycyjna
moralność prowokuje, by ją porzucić. Toteż ją porzuciliśmy, a towarzysząca
temu eksplozja radości bardzo szybko ustąpiła nerwowemu przełykaniu śliny.
Napaść seksualna
Sytuacja, w której znajdujemy się obecnie, jest pod wieloma względami
nowa. Najciekawszą sprawą jest zapewne olbrzymi wysiłek, jaki wkłada się
dziś w przezwyciężenie bądź pozbycie się wstydu. Księga Rodzaju opowiada
historię upadku człowieka, spowodowanego zjedzeniem jabłka z drzewa
wiadomości. Zgodnie z Biblią, zanim skosztowali zakazanego owocu, „byli
oboje nadzy, to jest Adam i żona jego, a nie wstydzili się”. Gdy tylko go
jednak spróbowali, „otworzyły się oczy obojga; a gdy poznali, że byli
nagimi, pozszywali liście figowe i poczynili sobie zasłony”.
Gdy zrobisz coś złego, a ktoś to odkryje, odczuwasz wstyd. Tego rodzaju
wstyd to uczucie natury moralnej, oparte na przekonaniu, że ktoś inny cię
ocenia. Nie o to jednak chodzi w przytoczonych powyżej fragmentach
dotyczących wstydu seksualnego.
Wstyd seksualny różni się od wstydu moralnego pod dwoma względami. Po
pierwsze nie jest to przyznanie się do występku: wręcz przeciwnie,
zaświadcza on o niechęci do popełnienia czynu występnego bądź do
uczestnictwa w nim. Po drugie, w odróżnieniu od wstydu moralnego, wstyd
seksualny nie wiąże się z niepokojącą myślą, że ktoś ocenia cię jako osobę,
jako wolną istotę, jako podmiot moralny. Wręcz przeciwnie, rodzi się z
przekonania, że oceniany jesteś jako ciało, mechanizm – jako przedmiot.
Dlatego też niemiecki filozof Max Scheler określił wstyd seksualny mianem
Schutzgefühl, uczucia ochronnego, broniącego nas przed nadużyciem – ze
strony innych bądź nas samych.
Gdy tracimy zdolność do odczuwania wstydu, nie odzyskujemy zwierzęcej
niewinności: stajemy się bezwstydni, to zaś oznacza, że nic nie chroni nas
już przed seksualną napaścią.
Listki figowe
W roku 1963 wstyd wciąż jeszcze istniał. Ludzie w parach ukrywali swoje
pożądanie przed światem, a czasem i przed sobą nawzajem – przynajmniej do
chwili, gdy można je było jednoznacznie wyrazić. Na nieprzyzwoitość się
krzywiono, a celowali w tym sami prorocy wyzwolenia tacy jak Herbert Marcuse
czy Norman O. Brown. Seks był dla nich czymś pięknym, może nawet świętym,
czymś, czego nie powinien kalać obsceniczny język, szaletowy humor czy
ekshibicjonistyczne pokazy. Później jednak wstyd wygnano z naszej kultury.
Świadczy o tym Reality TV, która powinna nazywać się Fantasy TV, na tym
bowiem polega jej funkcja. Usunięto wszystkie listki figowe – z języka,
myśli i zachowania – i oto na ekranie mamy przed sobą zdziczałe bachory
uprawiające swoje obsceniczne gierki. Nie jest to piękny widok, ale wcale
nie miał taki być.
Ten bezwstyd wspomaga edukacja seksualna w naszych szkołach, która stara
się zarówno zniwelować różnice dzielące nas od innych zwierząt, jak i usunąć
wszelki ślad tego co zakazane, niebezpieczne czy święte. Zgodnie ze
standardowymi podręcznikami propagowanymi obecnie przez brytyjski resort
edukacji wstyd to pewna ułomność. Inicjacja seksualna uczy, jak
przezwyciężyć takie „negatywne” uczucia, uwolnić się od wątpliwości i
cieszyć „dobrym seksem”. Pytania o to, „kto”, „z kim” czy „która płeć”, to
kwestie osobistego wyboru – edukacja seksualna nie ma go za nas podejmować,
a jedynie ułatwić.
W ten sposób zachęcamy dzieci do przedwczesnego, bezosobowego
zainteresowania własną seksualnością, a równocześnie dostajemy histerii na
myśl o wszystkich tych pedofilach grasujących po mieście, podczas gdy w
istocie są to pedofile w naszym ogródku. Świadczy to niezbicie, że wstyd to
nie luksus ani tym bardziej żadne zahamowanie, które winniśmy przezwyciężyć,
lecz integralna część kondycji ludzkiej. To uczucie, bez którego nie może
rozwinąć się autentyczne pragnienie seksualne. Jeśli istnieje coś takiego
jak autentyczna edukacja seksualna, uczy ona dzieci odczuwać wstyd, a nie go
przezwyciężać.
Równie nową sprawą jest zanik pojęcia normalnego pożądania seksualnego. W
roku 1963 wciąż jeszcze uważaliśmy homoseksualizm za perwersję, choć może
efektowną i godną pozazdroszczenia. Wciąż jeszcze wierzyliśmy w normalny
przebieg seksualnej fascynacji, kiedy to mężczyzna i kobieta schodzą się za
obustronną zgodą i ku obustronnemu zadowoleniu. Seks z dziećmi uważaliśmy za
coś odrażającego, seks ze zwierzętami – za coś nie do pomyślenia, chyba że w
fikcji literackiej.
Pułapka homofobii
Za sprawą zmasowanej propagandy lobby gejowskiego, a także kłamliwej
pseudonauki uprawianej przez Instytut Kinseya (którego szarlatański
założyciel został już zaliczony do świętych i bohaterów), porzuciliśmy
pojęcie perwersji i oficjalnie przyjęliśmy wizję „orientacji seksualnej”
jako czegoś naturalnego i nieuniknionego.
W istocie sprawy zaszły jeszcze dalej. Około roku 1963 filozof Michael
Polanyi przedstawił teorię „inwersji moralnej”, zgodnie z którą dezaprobata
skierowana niegdyś przeciw jakimś działaniom może zwrócić się przeciw
ludziom, którzy wciąż odnoszą się do nich z dezaprobatą. Za pomocą inwersji
moralnej chronimy się przed naszymi dawniejszymi poglądami i przed poczuciem
winy, które dręczy nas, ponieważ te poglądy zarzuciliśmy. Inwersja moralna
ma tak silny, deformujący wpływ na debatę dotyczącą inwersji seksualnej, że
nieomal całą tę debatę tłumi.
Wyrażenie opinii, że byłoby lepiej, gdyby dzieci nie miały kontaktu z
homoseksualizmem i nie były zachęcane do myślenia o nim jako o czymś
normalnym, że scena gejowska nie jest niewinnym zjawiskiem, za jakie się
podaje, lecz w istocie formą seksualnej napaści – wyrażenie dziś takiej
opinii, nawet opatrzonej wątpliwościami i znakami zapytania, jest
równoznaczne ze ściągnięciem na swoją głowę zarzutu homofobii. To zaś
pociąga za sobą koniec kariery w dowolnym miejscu, takim jak uniwersytet, do
którego podstawowych zasad należy ponoć swoboda myślenia. W tej sferze,
podobnie jak w wielu innych, stosuje się naczelna reguła liberalizmu, że
mianowicie wszystkie opinie są dozwolone, o ile tylko są liberalne.
Nowy wreszcie jest sposób, w jaki obecnie opisuje się seks i akt
seksualny. W roku 1963 można było po prostu wierzyć, że język „Kochanka Lady
Chatterley” chroni moralne jądro doznań seksualnych i ukazuje je słusznie
jako coś pięknego i osobistego. Dla Lawrence’a i jego wyzwolonych następców
seks był wciąż jeszcze czymś świętym, czego nie należy bezcześcić. Dziś, 40
lat później, opisujemy seks w poniżających, bezosobowych kategoriach.
Utraciwszy resztki poczucia, że człowiek stworzony jest na „obraz i
podobieństwo Boga”, mścimy się na ciele, opisując je w języku, który
zwolennicy Lawrence’a uznaliby za profanację. Znaczną część
odpowiedzialności ponosi w tej kwestii pornografia. Można analizować obraz i
dostrzec na nim jedynie linie, kolory i kształty, nie dostrzegając
jaśniejącej w nich i poprzez nie twarzy. Podobnie można patrzeć na osobę i
widzieć tylko ciało, a nie osobę, która je zamieszkuje. To właśnie nasze
seksualne zainteresowanie stawia nas w obliczu wyboru: czy będziemy patrzeć
na drugą osobę jak na podmiot, czy jak na przedmiot.
Tłumaczy to urok i niebezpieczeństwa pornografii, która przedstawia ludzi
jako przedmioty, tak że ciało staje się osobliwie nieprzejrzyste, niczym
mury więzienia, za którymi skrywa się ludzka osoba: niewidzialna,
niesłyszalna, niedostępna. Pornografia ludzi odrzuca, a zarazem fascynuje;
dziś, gdy dostępna jest w internecie, wydaje się, że oglądają ją niemal
wszyscy. To rosnące przyzwolenie dla pornografii, którą wkrótce zacznie się
uważać za biznes jak każdy inny, a przed krytyką chronić ją będzie taka sama
inwersja moralna, jaka dziś ochrania homoseksualizm, błyskawicznie
przeobraża sposób, w jaki postrzegane jest ludzkie ciało. Aby zrozumieć tę
przemianę, można przywołać wprowadzone przez Kennetha Clarka rozróżnienie
między ciałem nagim a ciałem rozebranym.
Ludzkie zwierzę
Na obrazach Tycjana przedstawiających nagie kobiety często można odnaleźć
salonowego pieska, którego oczy i postawa wyrażają żywe zainteresowanie
kobietą spoczywającą na sofie. Psy nie wiedzą, co to znaczy być rozebranym,
a ich spokój i brak wszelkiego zażenowania w obliczu ludzkiego ciała
przypomina nam, jak inaczej od nas owo ciało postrzegają. W ten sposób
Tycjan zabiera nas z powrotem do edenu, pouczając, że nie powinniśmy
postrzegać tego ciała jako rozebranego, tak jakby przedstawiona kobieta
obnażała się przed nami niczym dziewczyna ze świerszczyka. Ta naga piękność
nie oferuje swej seksualności nam. Jej seksualność trwa w uśpieniu i
oczekiwaniu – w oczekiwaniu na kochanka, któremu zostanie ofiarowana bez
wstydu, lecz nie bezwstydnie.
Pies przypomina nam, że owa kobieta – w odróżnieniu od zwierzęcia –
zdolna jest do odczuwania wstydu, choć nie jest ani zawstydzona, ani
bezwstydna. Ten doniosły fakt prezentuje się nam nie jako pewną ideę,
teorię, lecz jako objawienie. Takie objawienie mieści w sobie każda ludzka
postać, lecz skrywa się ono za sprawą naszej codziennej krzątaniny, sztuka
musi je więc dla nas odzyskiwać i prezentować wciąż na nowo.
Ludzie na zdjęciach pornograficznych nie są nadzy jak Wenus Tycjana, lecz
rozebrani – nawet jeśli mają na sobie jakiś przyodziewek. W centrum uwagi
znajduje się tutaj akt seksualny i seksualne organy, które zostają obnażone,
uchwycone przez aparat fotograficzny i odarte z jakichkolwiek osobistych
uczuć. Tym samym pornografia powoduje przemieszczenie zainteresowania: z
osoby ludzkiej jako przedmiotu miłości i pożądania na ludzkie zwierzę,
przedmiot fantazji, które można wiązać z różnymi obiektami.
Maszyneria seksu
To przemieszczenie jest zarazem profanacją. Skupiając się na niewłaściwej
sprawie, zanieczyszczamy i poniżamy to co właściwe. W pornografii pożądanie
zostaje oderwane od miłości i powiązane z niemą maszynerią seksu. Ma to
równie niszczący wpływ na dorosłych, co nowoczesna edukacja seksualna ma na
dzieci. Podważa bowiem samą możliwość prawdziwej miłości erotycznej, która
pojawia się jedynie wówczas, gdy akt seksualny obwarowany jest zakazami i
zaoferowany jako dar i znak zaangażowania.
Łatwo jednak wyjaśnić rozwój internetowej pornografii. Pornografia
spełnia pewną funkcję, która polega właśnie na uwolnieniu nas od zobowiązań.
Życie w rzeczywistym świecie pełne jest trudności i zawstydzenia.
Najtrudniejsze pod tym względem są kontakty z innymi ludźmi: sama ich
obecność stawia nam wymagania, których często wolelibyśmy nie spełniać.
Jeśli ludzie mają być gotowi do poświęceń, na których opiera się długotrwały
związek, potrzeba olbrzymiej siły i pożądania związanego z konkretną osobą,
traktującego ją jako jedyną i niezastąpioną. Znacznie łatwiej jest uciec w
świat surogatów, które ani nie wzbudzają w nas zawstydzenia, ani nie
opierają się naszym wysiłkom. Coraz chętniej ludzie budują sobie uległy
świat pożądania, w którym erotyczna moc ulega rozproszeniu, a wymogi miłości
– zanegowaniu.
Rezultatem fantazji pornograficznej jest zatem „utowarowienie” obiektu
pożądania, zastąpienie miłości i resztek jej sakramentu regułami wymiany.
Gdy seks staje się towarem, najważniejsze sanktuarium ludzkich ideałów
przekształca się w rynek, a wartości zostają sprowadzone do ceny. Do tego
właśnie doszło w ostatnich kilku dekadach i jest to fundamentalny fakt
dotyczący kultury postmodernistycznej, ostateczna przyczyna czegoś, co
obserwuje się i komentuje na każdym kroku: tego mianowicie, że nasza kultura
pozbawiona jest nie tylko wstydu, ale i miłości. Albowiem w naszych oczach
ciało ludzkie uległo degradacji – z podmiotu stało się przedmiotem; nie
widzimy już osoby, tylko narzędzie.
Rozróżnienia na ciało i osobę nie trzeba wyjaśniać w kategoriach
fizycznego ciała i eterycznej duszy. Chodzi tu raczej o różnicę między dwoma
sposobami patrzenia na naszą cielesność. Nie możemy też tak naprawdę odnieść
tego rozróżnienia do innych rzeczy na świecie. Kryje się w nim jednak część
prawdy o naszej kondycji. I tylko wówczas, gdy patrzymy na ludzi, jak
należy, tak że ich cielesność staje się przejrzysta i poprzez nią docieramy
do ich niepowtarzalnej, samoświadomej perspektywy, jesteśmy w stanie
dostrzec rzeczywistość moralną.
Gwałt na randce
To właśnie o tę rzeczywistość moralną chodzi w idei, zgodnie z którą
jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. Możecie tę formułę
traktować metaforycznie; tak czy inaczej odnosi się ona do czegoś całkiem
rzeczywistego, a mianowicie do wcielenia w ludzkiej postaci pewnej wolnej
istoty, zdolnej do pożądania, miłości, zaangażowania – a także do odczuwania
wstydu. Tę rzeczywistość widzieliśmy jeszcze kilka dekad temu; dziś jesteśmy
jeszcze w stanie ją dostrzec, lecz jakby w zwierciadle, niejasno.
Te radykalne zmiany niosą ze sobą konsekwencje, których w roku 1963 nikt
nie potrafił przewidzieć. Wówczas zakładano jeszcze, że mężczyźni zalecają
się do kobiet, a kobiety ulegają im dopiero wówczas, gdy gotowe są już do
całkowitego przyzwolenia. Odpowiedzialność za to, co stało się później,
ponoszą zarówno kobiety jak i mężczyźni. Owego założenia nie można już
przyjąć. W świecie „bezpiecznego seksu” te dawne obyczaje zalotów wydają się
nudne i zbędne. Jeśli seks jest tylko przyjemną transakcją, której można
dokonać w internecie i którą reklamuje się w szkołach, przyzwolenie okazuje
się i uzyskuje nader łatwo.
Wydaje się jednak, że przyzwolenie zaoferowane tak swobodnie i bez
oglądania się na wstępne zabiegi, które niegdyś uważano za niezbędne, nie
jest w istocie przyzwoleniem i można je wycofać w każdej chwili, nawet
retrospektywnie. Oskarżenia o molestowanie czy nawet gwałt na randce są
zawsze na podorędziu. Policzek, który zwykł ukrócać nachalne awanse,
wymierzany jest teraz po fakcie i to w sposób znacznie bardziej zabójczy: w
postaci, która nie ma już charakteru prywatnego, intymnego, lecz w formie,
która sprawia, że sytuacja jest już nie do naprawienia – w postaci
publicznej, zmilitaryzowanej i (przynajmniej w Ameryce) obwarowanej
bezwzględną obiektywnością prawa.
Gwałt na randce to obecnie poważna, coraz powszechniejsza zbrodnia na
amerykańskich uniwersytetach. Nie ma znaczenia, że dziewczyna powiedziała
„tak”, ponieważ „tak” znaczy „nie”. Wobec braku kobiecej skromności,
namiętnych zalotów i męskiego zachowania – wciąż jeszcze powszechnych w roku
1963 – nie możesz już mieć pewności, że kobieta wie, co robi, kiedy robi to
z tobą. Dowodzi to, że „bezpieczny seks” jest w istocie najeżony
niebezpieczeństwami jak żaden inny. Może być tak, że małżeństwo jest jedyną
postacią bezpiecznego seksu, jaką znamy. Wraz z gwałtem na randce pojawiła
się mniej poważna zbrodnia, czyli molestowanie seksualne, które, szczerze
mówiąc, nie jest niczym innym jak zalotami nieatrakcyjnego mężczyzny. W roku
1963 choreografię uwodzenia łączyły jeszcze genetyczne związki z instytucją
małżeństwa. Od tego czasu uległa jednak degeneracji, tak że mężczyźni
zmuszeni są wyjawiać bezpośrednio swoje intencje, a nie uczy się ich skrywać
swoich pragnień za propozycją opieki. W rezultacie nieatrakcyjni mężczyźni,
ujawniający swoje pożądanie przed niechętnymi im kobietami, wystawieni są na
poniżenie. A ponieważ panie, bez względu na swoje przeszkolenie w
feministycznej ideologii, pogardzają mężczyznami, którzy nie zachowują się
jak mężczyźni i zdają się traktować je jak towar, molestowanie seksualne
stało się ciężkim, coraz częstszym oskarżeniem. Stało się sposobem, w jaki
kobiety dają upust swojej generalnej wściekłości na mężczyzn – wściekłości,
która sama jest długofalową konsekwencją wyzwolenia seksualnego, jednym z
najbardziej przygnębiających elementów dziedzictwa roku 1963.
Przez 40 lat staraliśmy się zaprzeczyć naturze ludzkiej i wysuwaliśmy
czysto teoretyczne założenia idące pod prąd obyczajów i instynktów, które w
tej czy innej postaci istniały od początku udokumentowanych dziejów
ludzkości. Nie anulujemy wyzwolenia seksualnego; powinniśmy jednak próbować
je okiełznać, by ocalić naturalny ład, któremu zagraża, i ochronić dwa
zjawiska, które od 1963 r. uległy tak głębokiej degeneracji: miłość i
wychowywanie dzieci.
Roger Scruton |