|
Demokracji szlacheckiej nie było
Rozmowa z Danielem Beauvois, 27-01-2006, www.gazeta.pl
Poddaństwo ruskich chłopów bliskie było niewolnictwu. Stosunki dworu ze
wsią były tak okrutne, jak na amerykańskich plantacjach bawełny, na
francuskiej Martynice czy gdzieś w Afryce. To naprawdę było coś strasznego
- twierdzi francuski historyk Daniel Beauvois w rozmowie z Jarosławem
Kurskim
Jarosław Kurski: Nie ma Pan dla Polaków litości. Pana książka sprawi
zawód tym, którzy z Kresów stworzyli obszar magicznej przeszłości, utraconą
Arkadię, Eden. Właśnie ukazało się Pana monumentalne dzieło "Trójkąt
Ukraiński - Szlachta, carat i lud na Wołyniu, Podolu i Kijowszczyźnie
1793-1914" (Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin
2005). 130-letnia historia trzech prowincji ruskich, historia ucisku
ruskiego chłopa przez polskich panów, rugowania polskiej szlachty
czynszowej przez polskich ziemian, historia polskiej kolonizacji Ukrainy.
Obala Pan mity o polskiej tolerancji religijnej i demokracji szlacheckiej.
Nie za dużo naraz?
Daniel Beauvois: Ta książka to największy trud mojego życia. 25 lat
pracy. Rzeczywiście, nie spodoba się ona wyznawcom kresowego mitu. Cóż,
kiedy dla mnie liczą się tylko dokumenty archiwalne, a nie literackie
metafory. Odczarowanie pseudohistorii uważam za najpilniejsze zadanie dla
historyków Europy Środkowo-Wschodniej. Dlaczego schorowaną pamięć
mielibyśmy przyoblekać w metafizykę? Walka z megalomaniami narodowymi
wymaga trzeźwości i rozumu, a nie patriotycznych uniesień.
Porównał Pan kolonizację polskich kresów do kolonizacji Algierii przez
Francję. To nie jest dla nas miłe porównanie.
- Rzeczywiście, słowo "kolonializm" może nie jest najszczęśliwsze w
odniesieniu do sytuacji panującej na Ukrainie. Mówię o Ukrainie
prawobrzeżnej, a więc Podole, Wołyń i Kijowszczyzna. Ale to, co mogłem
zaobserwować, nie pozostawia złudzeń. Zjawisko gnębienia ludu ukraińskiego
przez polskich ziemian nie ulega wątpliwości. Choć obecność Polaków na
Ukrainie była znacznie dawniejsza niż obecność Francuzów w Algierii, to nie
zmienia faktu, że poddaństwo ruskich chłopów bliskie było niewolnictwu.
Stosunki dworu ze wsią były tak okrutne, jak na amerykańskich plantacjach
bawełny, na francuskiej Martynice czy gdzieś w Afryce. To naprawdę było coś
strasznego
Może to "signum temporis". Po prostu w ówczesnej Europie i Rosji takie
były stosunki społeczne także między polskim panem a polskim chłopem w
centralnej Polsce?
- Naturalnie poddaństwo między Polakami też było okrutne, ale na pewno
łatwiej było się porozumieć ze sobą Polakom katolikom niż katolickim panom
z prawosławnymi poddanymi. Tam dochodziły do głosu odmienności: religii,
kultury i języka, a to stwarzało napięcia znacznie większe niż w Polsce
centralnej. Na Ukrainie panowała zadawniona nienawiść. Poczynając od Unii
Brzeskiej. Przez czterdzieści lat od jej ustanowienia Unia była
instrumentem likwidacji prawosławia. To trwało aż do 1632 roku, kiedy król
Władysław zrozumiał, że tak dalej być nie może, bo będą bunty. Zresztą
pośród wielu przyczyn późniejszego wybuchu powstania Chmielnickiego jedną z
ważniejszych jest nienawiść do Polaków jako gnębicieli religii
prawosławnej. Kozacy tylko dolali oliwy do ognia. Powstanie Chmielnickiego
to trwałe pęknięcie w stosunkach polsko-ruskich. Historia się powtarza w
czasie rzezi humańskiej w 1768 r. To nie są błahostki. To sprawy bolesne i
okrutne, które były rozstrzygane w sposób niesamowicie gwałtowny. To wyryło
trwałe ślady w pamięci ludowej i Polaków, i Ukraińców.
To wszystko zapewne prawda, ale brzmi trochę jednostronnie. Kniaź Jarema
Wiśniowiecki przecież ruski pan, przeszedł na katolicyzm, bo śnił o
polskiej koronie i to on był gnębicielem ludu ukraińskiego. Tymczasem na
czele kozackiego powstania stanął Bohdan Chmielnicki, który miał rodowód
polskiego szlachcica. To wszystko jest trochę bardziej złożone.
- Magnaci ruscy byli zafascynowani kulturą polską i zmierzali do
polonizacji. Chcieli stać się obywatelami Rzeczypospolitej, która dawała
możliwość awansu i prestiżu. Przechodzili na katolicyzm, przyjmowali polską
kulturę, a ich stosunek do poddanych był tak samo okrutny jak stosunek
wszystkich właścicieli ziemskich na Ukrainie bez względu na to, czy byli to
etniczni Polacy, czy etniczni Rusini. Ta różnica w XVIII w. zupełnie się
zaciera. Czartoryscy, Potoccy, Sapiehowie, Lubomirscy już się nie
odróżniają od Polaków, bo przejęli cechy polskości. I stali się...
...Gente Ruthenus, natione Polonus - z pochodzenia Rusin, narodowości
polskiej.
- Właśnie, i stali się współgnębicielami swojego ludu. To tragiczne, dla
ruskiego chłopa czy Kozaka kij w ręku ruskiego lub polskiego pana nie
przestawał być tym samym kijem. Na początku ruskie domy arystokratyczne
były tylko sprzymierzone z Rzecząpospolitą. Z czasem przyjęły jej atrybuty.
To była tragedia ludu pozbawionego swoich własnych elit. Ukraińskie elity
intelektualne odradzają się, ale dopiero w końcu XIX w. Przez dwa wieki nie
ma nikogo, kto by pamiętał o ich ukraińskości. Ostatnim jest hetman Orlik,
który na przymusowym wygnaniu w Turcji pisze pamiętnik - po polsku i ciągle
wspomina o Ukrainie. Pisze do wszystkich dworów w Europie, żeby bronić
wolności ukraińskiej, ale nikt go nie słucha, bo Ukraina stała się już
prowincją Rzeczypospolitej. Wtedy nikt już nie mówi o pięknym pomyśle
utworzenia księstwa Ruskiego - równoprawnego wobec Korony i Wielkiego
Księstwa Litewskiego w ramach wielkiej Rzeczypospolitej. Wspaniała idea,
która narodziła się w czasie ugody Hadziackiego w 1658 r., a która nigdy
nie została wprowadzona w życie. Pozostała marzeniem. Później było to
eksponowane: „Ach, gdybyśmy potrafili”, ale nikt nie potrafił, bo nikt nie
chciał! Ze strony Polaków nie było szczerej chęci.
Chciał wojewoda bracławski Adam Kisiel.
- Ostatni, który bronił zasady, że można być i Polakiem, i prawosławnym
jednocześnie. Gdyby Polacy w ramach Rzeczypospolitej potrafili zrozumieć,
że wielonarodowość, tak obecnie modna i chwalona, jest rzeczywistą
wartością, to wtedy Rzeczpospolita mogłaby... ale tu jesteśmy w dziedzinie
gdybania, a ja nie lubię gdybać.
Więc Pana wyręczę: ...to wówczas Polska byłaby potęgą zdolną oprzeć się
Rosji i jej dzieje potoczyłyby się inaczej.
- Ma pan całkowitą rację, ale to wiemy teraz. Niestety, mądry Polak po
szkodzie.
Jan Kochanowski pisał, że "z tego nas zbodzie/Taką przypowieść sobie
Polak kupi,/ że i przed szkodą i po szkodzie głupi". O ile jeszcze mogę się
zgodzić w sprawie oceny relacji polsko-ukraińskich, to nie kryję, że kiedy
Pan kwestionuje mit Polski tolerancyjnej - państwa bez stosów, gdy podaje w
wątpliwość demokrację szlachecką - to już mnie Pan denerwuje.
- Nie jestem od tego, żeby denerwować albo nie. Słynna książka prof.
Janusza Tazbira "Polska bez stosów" dała początek przekonaniom o Polsce
tolerancyjnej. Dziś o tym, że Polska nie miała wojen religijnych, można
przeczytać w każdej gazecie i podręczniku. Ale jeśli uczciwie zbadać
archiwa, to w badanym przeze mnie okresie mamy wiele konfliktów
religijnych. Wracając do Unii Brzeskiej - to była przecież chęć rugowania
prawosławia. Z tolerancją bywało różnie, bo w I poł. XVII w. prawosławnemu
klerowi konfiskowano cerkwie i przekształcano je w kościoły grecko- lub
rzymskokatolickie. Niszczono hierarchię prawosławną.
Dopiero w XIX wieku religia unicka staje się symbolem ukraińskości. To
trochę jak z Indianami w Peru, którzy bronią swojej odrębności po
hiszpańsku i modlą się po katolicku.
Ale w XVIII i XIX wieku opisano wiele przykładów, że ziemianin polski
wchodzi do cerkwi i zabiera z stamtąd ruskiego chłopa, który nie odrobił
pańszczyzny albo nie wywiązał się z innych nałożonych na niego ciężarów,
bije go publicznie, wręcz katuje. Są przykłady prywatnych więzień w dobrach
szlacheckich - nie magnackich, lecz ziemiańskich. To są smutne rzeczy. Ale
dlaczego zamykać na nie oczy. Mówimy o społeczeństwie otwartym, historia
też powinna taka być. Jeżeli się popełniło zbrodnię, to trzeba o tym pisać,
a nie popadać w kresowe rozanielenie, bo ono zabija obecną historiografię
polską.
Obecną też?
- Oczywiście. Wiele jest książek, które idealizują tę epokę, że wymienię
tylko najbardziej rażącą pracę Andrzeja Sulimy-Kamińskiego "Historia
Rzeczypospolitej wielu narodów". Kamiński broni tego, co sam nazywa
"szlachecką demokracją powiatową".
Akurat demokracja szlachecka to źrenica oka Rzeczypospolitej i
rzeczywisty powód do dumy. Parlamentaryzm szlachecki nie miał w Europie
precedensu.
- Tu dotykamy świętości, na której się opiera cała historiografia
polska. Prawie wszyscy historycy są przekonani że Rzeczpospolita
funkcjonowała na zasadach demokratycznych i że Polska wymyśliła demokrację
szlachecką, czyli uczestnictwo narodu szlacheckiego w życiu politycznym.
Mówimy o szlachcie, która jak nigdzie stanowiła aż 10 proc.
mieszkańców Rzeczypospolitej.
- Kamiński twierdził, że "szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie", a
głos szaraka i magnata miał taką samą wagę. Badając okres Polski pod
zaborami, w ogóle tego nie dostrzegłem. Musiałem więc sięgnąć wstecz i
sprawdzić, czy była to prawda. Otóż drobna szlachta była gnębiona i
odrzucana przez...
...Magnaterię?
- Właśnie nie. Magnateria to śmietanka śmietanki, drobniutka warstwa. To
ziemiaństwo, posesjonaci odrzucali drobną szlachtę! Nie znalazłem ani
jednego potwierdzenia wysokiej frekwencji w wyborach szlacheckich na
szczeblu sejmikowym. Ten system nie funkcjonował! Masy szlacheckie się nie
zgłaszały i nie głosowały. W życiu politycznym brało udział tylko pięć
procent narodu szlacheckiego, czyli jedna dwudziesta mas szlacheckich.
Jak to się ma do obrazu Bernardo Bellotto zwanego Canaletto
ukazującego elekcję Króla Polski. Pola Woli pełne są szlachty, którą
ustawiano w specjalnych sektorach.
- A ilu tam było ludzi? Nie ja pierwszy zadaję to pytanie. Świętej
pamięci prof. Emanuel Rostworowski napisał świetny artykuł "Ilu było w
Rzeczypospolitej obywateli szlachty?". Tymczasem historycy powtarzają
stereotypy. Dziś to jest bardzo modne. Mój przyjaciel prof. Jerzy
Kłoczowski broni w Europie zasady, że Polska była od dawna społeczeństwem
obywatelskim. To bzdura. Wobec takich liczb nie można mówić o
społeczeństwie obywatelskim. Obywatelami byli posiadacze ziemscy, którzy
tylko w minimalnym stopniu dopuszczali do władzy swoich braci szlachtę, o
czym po raz pierwszy pisał Rostworowski.
Ale gdzie był na świecie drugi kraj, w którym szlachta króla
obierała?
- Zgoda. Ale twierdzić, że Polska jest historycznym wzorem cnót
demokratycznych - to wielka przesada. Polska może być dumna z tego, że
wymyśliła taki system. To było pomyślane świetnie, gdyby rzeczywiście masy
szlacheckie zostały dopuszczone do wyborów.
"Jeśli musisz być w stolicy, patrz co robią politycy,/ Na elekcjach
stawiaj kreskę, nie za słowa, a za kieskę" - radził ojciec synowi w
poemacie Jacka Kaczmarskiego "Sarmatia". No, ktoś te głosy kupował.
- Henryk Rzewuski w "Mieszaninach obyczajowych" wspomina, że furami
przewożono drobną szlachtę na pole elekcyjne. Ale ogólny trend w całym
wieku XVIII, a także podczas Sejmu Wielkiego zmierzał do eliminacji drobnej
szlachty z życia obywatelskiego. Do Konstytucji 3 maja dołączono aneks, o
czym zapominają historycy - "Prawo o sejmikach". Tam wyraźnie jest
powiedziane, że czynszownicy, a więc szlachta bez własnej ziemi, jest
wykluczona z życia obywatelskiego! To nie była demokracja szlachecka, tylko
oligarchia szlachecka. Ale jak ja to mówię, to patrzą na mnie jak spode
łba. Wielka szkoda.
Podobnie gdy mówię o Kresach, które są też i moimi kresami. Teraz
jesteśmy we wspólnej Europie i powinniśmy sobie mówić prawdę w oczy.
Zresztą prawdę o francuskiej historii najotwarciej opowiadają historycy
cudzoziemscy. O okresie Vichy pisze amerykański historyk Robert Paxton w
sposób trochę dla nas okrutny, ale za to prawdziwie i uczciwie. Nawiązując
do dawnej tradycji Montaigne'a i Woltera, starałem się podchodzić do świata
dawnej Rzeczypospolitej z konstruktywnym sceptycyzmem, z tym samym
krytycyzmem, który stosuję wobec własnego kraju.
Ufam, że zdaje Pan sobie sprawę z mitologicznej roli Kresów w
utrzymaniu naszej tożsamości narodowej?
- Naturalnie. Ustanowienie nowych granic było bolesne, szczególnie dla
tych, którzy stamtąd pochodzą. Tu wracamy do porównania z Algierią. Wielu
Francuzów czuje nostalgię do swoich dóbr, do swojej algierskiej wioski, w
której się urodzili, gdzie się było szczęśliwym, gdzie spędzało się
dzieciństwo i młodość. To zrozumiała, czysto ludzka tendencja do
idealizacji tego okresu. To są, niestety, dramaty ludzi narzucone przez
okrutną historię i bezwzględnych polityków. Ale wyjście Francji z Algierii
zapewniło jej pokój, dlatego dziś nikt nie jest skłonny do zmiany tych
granic.
Rozumiał to de Gaulle, podpisując pokój w Evian.
- I Jerzy Giedroyc, który powiedział: Dosyć rozpamiętywania, budujmy od
nowa nasze stosunki z sąsiadami. To przyniosło w końcu owoce. Polska w
czasie pomarańczowej rewolucji zachowała się wspaniale! Liczna obecność
Polaków na Majdanie to było coś niesłychanego. Daliście przykład całej
Europie! Ale nie należy w tym wielkim ruchu sympatii zapominać o tym, co
było. Oto po raz pierwszy od wieków budują się między Polakami i Ukraińcami
szczere i otwarte relacje. Mam nadzieję, że tak już zostanie. Bądźmy
optymistami.
Czy lubi Pan twórczość Henryka Sienkiewicza?
- Jako polonista tak. Jako historyk nie. To świetny stylista i pisarz
porównywalny z naszym Aleksandrem Dumas. To, co pisze, jest zachwycające,
ale niesie ze sobą zatrute ziarno. Utrwala w młodzieży fałszywą świadomość
o rzekomej wyższości Polaków. Sporo tam niezdrowych odruchów
narodowo-etnicznych. Ukraińcy, choć go czytają, to też nie bardzo lubią. Są
w jego prozie fragmenty na pograniczu rasizmu. Na przykład Zagłoba marzy o
tym, by u podnóża krzyża złożono masę żydowskich głów. To robi przerażające
wrażenie. Oczywiście, to tylko marzenie, ale nie wiem, czy to rozsądne
dawać dzieciom takie lektury. Chyba że pod kierunkiem dobrego nauczyciela,
który będzie uczył dystansu.
Skąd biedny Sienkiewicz miał wiedzieć, że za pół wieku przetoczy się
przez Europę Holocaust...
- Ostatnio byłem w Pułtusku na zamknięciu roku Staszica. Staszic mimo
swych wspaniałych osiągnięć z różnych dziedzin, mimo wspaniałej myśli
oświeceniowej - był zajadłym antysemitą. U nas we Francji było to samo.
Nasi najwspanialsi pisarze też mieli okropne strony. Wolter handlował
Murzynami, podobnie jak Beaumarchais. W każdym narodzie są takie plamy i
nie wolno tego negować. Po prostu trzeba o tym mówić bez szczególnej
emocji. Trzeba się dystansować. Najwyższa cnota historyka to właśnie
dystans.
Ale o taki dystans trudno nawet we Francji, gdzie powstał rządowy
projekt ustawy zawierającej wytyczne dla nauczycieli, o tym jak nauczać o
kolonializmie!
- To jest czysty obłęd. Przegłosowano prawo, które nakazuje nauczycielom
podkreślać dodatnie strony kolonializmu. A więc, że Francuzi budowali
szpitale, szkoły, że byliśmy nosicielami cywilizacji. To jest dokładnie to,
co mówią Polacy o swojej obecności na Kresach. Oczywiście, nie można tego
negować i nikt nie ma takiego zamiaru. Owszem, budowaliśmy szpitale i
szkoły, ale były też rzezie, tortury, pacyfikacje, obozy.
To prawo wywołało ogromną dyskusję historyków. Pisze się o tym w każdej
gazecie. Prezydent Chirac był zmuszony do spuszczenia z tonu. Zaproponował
jakieś porozumienie ze środowiskiem historyków. Ale że w ogóle ktoś wpadł
na pomysł, by za pomocą instrumentów prawnych ustalać prawdę historyczną,
to woła o pomstę do nieba.
W Polsce planuje się powołanie Instytutu Wychowania. Mówi się dużo o
polityce historycznej. Podobnie jest we Francji, gdzie państwo staje nagle
na straży kanonicznej wersji historii. Dlaczego historia staje się
instrumentem polityki?
- Wielu polityków uważa, że historia jest przedmiotem wiary, a nie
przedmiotem poznania. Jeśli uznamy, że musimy wierzyć w raz ustalone
prawdy, że istnieje raz na zawsze ustalona prawda historyczna, to
rzeczywiście nie ma wyjścia. Historia sprowadzona zostaje do katechizmu. To
nie do przyjęcia. Prawda jest procesem ciągłego tworzenia się. Prawda sama
w sobie nie istnieje. Jak mawiał Karl Popper: Prawda jest drogą do wiedzy.
Ta wiedza się zmienia. Moje badania przynajmniej w części zostaną
zakwestionowane przez moich następców jako nietrafne. Na tym polega nauka.
Każde pokolenie wnosi do niej coś nowego.
Jak Pan ocenia historiografię ukraińską i rosyjską w odniesieniu do
prawego brzegu Dniepru?
- To jest dokładnie ten sam problem. I historiografia ukraińska, i
rosyjska są wypaczone przez koniunkturalne poglądy polityczne. Obecny szef
katedry historii na Uniwersytecie w Kijowie prof. Smolij napisał po
rosyjsku książkę o włączeniu prawobrzeżnej Ukrainy do Cesarstwa
Rosyjskiego. To pozycja absolutnie przerażająca, napisana w stylu
poststalinowskim. Autor odwołuje się do instrumentarium marksistowskiego i
opowiada o rzekomej wspólnej walce chłopów i proletariatu w XVIII w.
przeciw polskiemu panowaniu. Celem tej walki miało być połączenie z Wielką
Rosją. Ta książka stanowi jedyny dorobek na ten temat na Ukrainie. Dzięki
Bogu pojawiają się nowi historycy jak prof. Natalia Jakowenko z Akademii
Mohylańskiej, która napisała świetną, zdystansowaną historię szlachty na
Ukrainie w końcu XVI i na początku XVII w.
Historycy rosyjscy, a tym bardziej zwykli czytelnicy, nic nie wiedzą o
polityce poszczególnych carów, ministrów, gubernatorów, o prawodawstwie i
administracji tych regionów. Tymczasem carat prowadził politykę chyba
jeszcze gorszą od tej znanej z podręczników, gdzie nadal panuje absolutnie
imperialna wizja carsko-radziecka. To, co piszę, jest właściwie nieznane w
Rosji. Gorzej, że od 12 lat archiwa dla historyków pozostają zamknięte. "Wielikaja
Rassija" i już. Trzeba jeszcze trochę poczekać, by w Rosji wykiełkowała
idea społeczeństwa otwartego.
Marzenie Giedroycia o prawdziwym trialogu ukraińsko-polsko-rosyjskim
jest jeszcze bardzo dalekie od urzeczywistnienia.
Myślę, że wszystkie sąsiedzkie narody dawnej Rzeczypospolitej mają
problem z polskim dziedzictwem. Zarówno na Litwie, jak też na Białorusi i
Ukrainie polskie ślady są nagminnie, niekiedy spontanicznie zacierane.
- Jak się patrzy na Lwów albo Wilno, to widać, że każdy kościół jest
dziełem katolicyzmu rzymskiego i polskiego. Litwini, Ukraińcy i Białorusini
powinni wiedzieć, że Polacy pozostawili tam po sobie kawał cywilizacji. To
jest też historia tych narodów, więc negowanie dorobku polskiej kultury na
wschodzie jest pomniejszaniem dziedzictwa tych narodów.
Ale jest i druga strona medalu. Od 15 lat widzę w witrynach polskich
księgarń wiele nostalgicznych albumów o zabytkach Ukrainy. Ale są to tylko
polskie i katolickie zabytki, tak jakby na Ukrainie nie było innego
wielonarodowego dziedzictwa. A to jest jednak kraj przeważnie
greckokatolicki i prawosławny. A i Rosjanie tam coś niecoś zbudowali. Nie
mówiąc już o Żydach, których było więcej niż Polaków.
Co sprawia, że oto historyk Daniel Beauvois, Francuz - bez żadnych
związków ze słowiańszczyzną - poświęca całe swe dojrzałe życie poznaniu
dawnej Rzeczypospolitej, a zwłaszcza jej byłych Kresów?
- Z wykształcenia jestem rusycystą. Kończyłem Uniwersytet w Lille. Na
egzaminie nauczycielskim wymagano znajomości drugiego języka słowiańskiego.
Bez wahania wybrałem polski.
Dlaczego?
Pochodzę z północnej Francji, gdzie napływała fala polskiej emigracji
zarobkowej. Zwłaszcza do kopalń. W gimnazjum słyszałem polską mowę. Ale to
były już dzieci i wnuki emigrantów. Młodzież szybko się asymilowała.
Traciła swą polskość. A ja na odwrót. Zainteresowałem się Polską i jej
kulturą. Miałem dużo szczęścia. Na uniwersytecie poznałem prof. Wacława
Godlewskiego, który pochodził z Litwy kowieńskiej. Profesor uświadomił mi,
jak ogromne i jak niewykorzystane są zasoby archiwalne w Związku
Radzieckim. Pierwszy artykuł, jaki w życiu napisałem, poświęciłem
Uniwersytetowi Wileńskiemu. Pojechałem do Moskwy i wtedy jeszcze Leningradu
i tak zaczęła się moja praca badawcza. Miałem szczęście dotrzeć do wielu
nieznanych źródeł, oczywiście z problemami, bo były to czasy postalinowskie.
Często trzeba było walczyć. Napisałem dwutomowe dzieło o Uniwersytecie
Wileńskim, które ukazało się w 1977 r. po francusku. Po polsku z uwagi na
cenzurę, która zabraniała mówić o polskim aspekcie życia wileńskiego,
książka wyszła dopiero w 1990 r. dzięki prof. Jerzemu Kłoczowskiemu.
Pracując nad okręgiem wileńskim, który obejmował przecież nie tylko
Litwę etniczną, ale także Białoruś i Litwę historyczną, czyli sięgał aż po
Dniepr - zainteresowałem się Ukrainą w okresie od Powstania Listopadowego
do Styczniowego. Nie żałuję tych wieczorów w ponurych radzieckich hotelach
i akademikach, w jadłodajniach bez widelców, z wodą skażoną przez wybuch w
Czarnobylu. Życzliwość ludzi, którzy spędzili tam całe swoje życie, każe
zapominać o tych błahostkach. Znów miałem szczęście, bo Jerzy Giedroyc
zainteresował się moją twórczością i zaczął drukować mnie po polsku.
Nie trudno się domyślić dlaczego. Zamiast przedmowy do ostatniego
dzieła, zamieszcza Pan list Józefa Czapskiego z 2 października 1987 r.
Czapski po lekturze Pana książki "Polacy na Ukrainie" pisze: "Wydawało mi
się, że wiem wystarczająco dużo o fałszywej wizji Polski w
sienkiewiczowskim stylu. Już Legenda Młodej Polski Stanisława Brzozowskiego
stanowiła dla mnie wstrząs i odsłoniła przede mną Polskę prawdziwą. Od tego
czasu, a nawet wcześniej, również dzięki Żeromskiemu, o którym pamięta się
tylko to, że był złym pisarzem, i dzięki Korczakowi (Dziecko salonu)
wiedziałem o fałszywym obrazie Polski jak Chrystusa narodów i fałszywej
wizji Polski w wydaniu francuskim: Polski godnej i nieszczęśliwej".
Czapski jako polski arystokrata zamieszkały na Kresach miał wszelkie
dane ku temu, by traktować Kresy w sposób mitologiczny. Tymczasem pisał do
Pana: "Dla mnie Ukraina była poematem Słowackiego, to były wspomnienia
moich współziomków mieszkających na Ukrainie, którzy nawet nie zauważyli
jakże często kryminalnej roli Polaków wobec Ukraińców". Był Pan ulubieńcem
"Paryskiej Kultury".
- Miałem niezbyt częste, ale serdeczne kontakty z Redaktorem. Reakcja
Józefa Czapskiego pokazuje, że jest w Polsce warstwa intelektualistów,
którzy są w stanie nabrać dystansu do własnej historii. Pamiętajmy, że
"Kultura" nawoływała do rezygnacji z Wilna i Lwowa już w roku 1952. Wtedy
dla większości Polaków było to nie do przyjęcia. Cieszę się, że wpisuję się
w ten nurt polskiej inteligencji, która potrafi uznać, że "sprawiedliwość
dziejowa", jeśli coś takiego w ogóle istnieje - jest po stronie tych,
którzy uznają obecne granice. Bez tych granic nie będzie pokojowej Europy.
Wydaje się, że cudzoziemscy historycy Daniel Beauvois i Norman Davies
piszą Polakom ich historię od początku.
- Wkład Normana w historiografię jest bardzo ważny. Na szczęście
zajmujemy się zupełnie innymi okresami. Zważywszy na stosy jego książek w
księgarniach, muszę zdać sobie sprawę z tego, że jego poglądy są o wiele
bardziej popularne niż moje. Ja lubię pisać trochę pod włos.
A Norman Davies?
- A Norman? Trochę z włosem. |