|
|
Nauki pomocnicze historii zajmują wśród
dyscyplin historycznych miejsce dość wyjątkowe. Wąsko wyspecjalizowane,
a jednak uniwersalne. Niektóre bardzo hermetyczne i o technicznym niemal
charakterze, inne są bardziej sztuką niż rzemiosłem. Łączą różne nauki,
są wspólne wszystkim prawie dyscyplinom historii. Wyemancypowane trochę
na przekór swej ogólnej nazwie, od dawna wiodą samodzielny żywot,
wypracowawszy własne metody i znalazłszy nowe zastosowania. Coraz
bardziej precyzyjne, a jednocześnie nadal praktyczne. Niewątpliwie,
wbrew podnoszonym niegdyś obawom, w dalszym ciągu rozwijają się –
najprostszym dowodem jest przecież znaczne poszerzenie listy N. P. H. w
ostatnich dekadach. Do kilkunastu klasycznych dodaje się dziesiątki
pomniejszych (nie zawsze zresztą słusznie – bo czy naukowa analiza
pocztówek może urastać do miana dyscypliny naukowej ?). Warto w każdym
razie widzieć w naukach pomocniczych historii wiele więcej, niż tylko
suchy zestaw definicji i praktycznych dyrektyw stosowania materiału
historycznego. Bez wątpienia zaś jedną z najciekawszych i najchętniej
uprawianych spośród N. P. H. jest genealogia, w warstwie praktycznej
znana od starożytności, a obudowywana teorią i metodą (z grubsza rzecz
biorąc) od XVIII w. Ma wiele obliczy, w przeszłości służyła różnym, nie
zawsze chwalebnym, celom. Ale te zagrożenia (wyjąwszy może ludzką
próżność, która nierzadko prowadzi do upiększających i uwznioślających
zafałszowań przeszłości) nie stanowią już, miejmy nadzieję, większego
problemu. Postawmy sobie pytanie, dlaczego pierwszy monarcha
konstytuującej się niepodległej Belgii w rok po swym zaprzysiężeniu
poślubił córkę Ludwika Filipa, Ludwikę Marię ? Jeżeli odpowiemy,
szczegółowo opisując ówczesne dyplomatyczne zależności i polityczne
niuanse, to mamy oczywiście rację, ale nie do końca. Jeśli natomiast w
dodatku dostrzeżemy istnienie nieprzerwanej linii sukcesyjnej, łączącej
wybrankę z ostatnimi władcami Burgundii, a poprzez nich z książętami
większości średniowiecznych państw południowych Niderlandów (Brabancji,
Flandrii, Namur, Hainaut itp. itd.), wówczas uzyskamy nową, odrębną
płaszczyznę interpretacji – kiedyś może nadużywaną, dziś z pewnością
niedocenianą. Dla czasów od XVIII w. wstecz waga czynnika
genealogicznego będzie bezdyskusyjnie większa. Mając świadomość, że po
śmierci Elżbiety II dynastię Wettinów na brytyjskim (i nie tylko) tronie
zastąpią Oldenburgowie (jak wraz ze śmiercią Wiktorii Wettinowie
zastąpili Welfów), nie jesteśmy może posiadaczami klucza do
interpretacji dzisiejszej geopolitycznej rzeczywistości, ale zbliżamy
się o jeden niemały wcale kroczek do uchwycenia jednej z tych subtelnych
nici, które łączą przeszłość z teraźniejszością; nici, które nie tak
łatwo uchwycić w gwałtownie zmieniającej się rzeczywistości. Oba
powyższe przykłady odnoszą się do świata polityczno-historycznego
najwyższego szczebla. Genealogia jest tymczasem powszechna, wręcz
egalitarna (w granicach dostępnego materiału źródłowego, rzecz jasna).
Można odtwarzać filiacje i koicje, budować drzewa i tablice dynastii,
rodów, wreszcie rodzinnego otoczenia konkretnych historycznych postaci.
Czynią tak historycy, a monografie wieńczące ich starania są często
kopalnią informacji, wzorem badawczej rzetelności. Jest to zadanie
niełatwe, wymagające lat praktyki i biegłości w posługiwaniu się
źródłami. Ale jest jeszcze jedna możliwość – prostsza, a pod pewnymi
względami nawet bardziej pociągająca: badania genealogiczne, dotyczące
własnej rodziny. Nie są one ani tak trudne, ani tak żmudne, jakby się
mogło z początku wydawać. Każdy może je prowadzić. Co więcej, przy
odrobinie szczęścia można je realizować niemal darmo, dowiadując się
rzeczy unikatowych, istotnych, weryfikujących rodzinne tradycje,
niekiedy zaskakujących, po prostu wzbogacających naszą wiedzę o nas
samych. Wszystkich zainteresowanych genealogicznym spojrzeniem na własną
rodzinną historię, zapraszam do korespondencji; andrzejkompa@o2.pl -
spróbuję odpowiedzieć na każde pytanie.
Pointą pierwszej części było zaproszenie do prowadzenia własnych
badań genealogicznych, tych najbardziej specyficznych czy wręcz
wyjątkowych, bo dotyczących rodzin, z których się wywodzimy. Jak je
zatem prowadzić ? Zanim zapukamy do bram instytucji udostępniających
bezcenne dla nas dokumenty, musimy koniecznie przemyśleć kilka spraw
podstawowych - w jakim kierunku chcemy rozwinąć badania, co chcemy przez
nie osiągnąć, na jakie etapy je podzielimy, jaką ilością czasu
dysponujemy. Dobrze prowadzone, mogą być - warto to podkreślić -
przedłużane właściwie w nieskończoność (bez obaw zagubienia w
materiale); zawsze przecież można posunąć się o krok dalej w kryteriach
przeszukiwania dokumentów, zawsze też zostają niewyeksplorowane pola
poszukiwań. Tym niemniej założenie, że uda się odtworzyć niemal wszystko
w krótkim czasie jest trudne do zrealizowania i stąd dobrze podzielić
sobie pracę. W wariancie minimalnym możemy dążyć do odnalezienia
informacji jedynie o naszych wstępnych (ascendentach) po mieczu, w
maksymalnym - do wykrycia wszystkich w ogóle występujących w przeszłości
naszych krewnych (co jest właściwie niewykonalne). Osobiście na etapie
początkowym polecałbym metodę pośrednią: uzupełniania tzw. pełnego
wywodu ascendentów, a więc ukazującego wszystkich naszych przodków
wzmiankowanych w źródłach, zatem i po mieczu i po kądzieli. Innymi
słowy, tablica taka pokazuje naszych dziadów i babki, ich dziadów,
babki, pradziadów, prababki itd. jak długo utrzymanie ciągłości jest
możliwe (same tylko dokumenty XIX-wieczne pozwalają cofnąć się aż do 10
pokoleń wstecz). Wybór tej opcji umożliwia potem prowadzenie badań w
najrozmaitszych kierunkach - można np. znalazłszy pierwszego
historycznie poświadczonego przodka noszącego nasze nazwisko,
przeszukiwać księgi i akta, by odtworzyć drzewo genealogiczne całej
rodziny - wszystkich bądź niektórych jego potomków (wywód descendentów).
Niezależnie od przyjętego wariantu, przy tego rodzaju badaniach
genealogia brana naukowo serwuje nam metodę retrogresji. Polega ona, w
dużym uproszczeniu, na cofaniu się od czasów i pokoleń nam najbliższych
do coraz dalszych, przez nieprzerwany (niestety nie zawsze) łańcuch
dokumentów. Warto ją stosować, tylko ona bowiem pozwala nie pogubić się
w natłoku osób i rodzin. Pamiętajmy, że w pokoleniu naszych pradziadów
jest 8 osób, ale w pokoleniu ich pradziadów -już 64, w następnym 128
itd. I już nawet na tym etapie właściwie każda informacja jest nowa i
niespodziewana. Poza imionami i nazwiskami już nawet z najbardziej
podstawowych dokumentów dowiadujemy się o zawodach i miejscach
zamieszkania, rodzicach chrzestnych; w wypadku imigrantów nierzadko
poznajemy miejsce pochodzenia. Dobór i ilość informacji i źródeł zależy
w dużej mierze od grupy społecznej, ale nawet dla najbiedniejszych
warstw cofnięcie się do II poi. XVIII w. z reguły nie nastręcza
trudności. Większość zapaleńców dążących do zgłębienia rodzinnej
genealogii rezygnuje, obawiając się konieczności podróżowania po
odległych przecież często parafiach w poszukiwaniu pojedynczych
dokumentów. Jest jednak łatwiejszy sposób - akta stanu cywilnego, od
których niewątpliwie należy rozpocząć poszukiwania, są dla większej
części kraju przechowywane (duplikaty) w urzędach państwowych, zwłaszcza
w archiwach. I tam właśnie należy skierować się, by prowadzić badania
efektywniej i takiej. Nie można tylko zapomnieć o „barierze stu lat".
Wynika ona z funkcjonowania w polskim systemie prawnym ustawy o ochronie
danych osobowych, a jej działanie sprowadza się w naszej dziedzinie do
ograniczenia dostępu do danych personalnych zawartych w dokumentach
tylko do wąskiego kręgu potomków osób występujących w aktach. W związku
z tym w archiwach nie należy spodziewać się ASC późniejszych niż 1905 r.
Znajdują się one w każdej gminie, w Urzędach Stanu Cywilnego i stamtąd
można łatwo je wydobyć, o ile jest się w stanie udowodnić swoje
pokrewieństwo (prosić trzeba koniecznie o kserokopie akt, a nie o
odpisy, bo pierwsze kosztują ok. 10 zł., a drugie są co najmniej dwa
razy droższe). Dopiero, gdy w urzędzie nie ma dokumentów (i w innych
przypadkach szczególnych), szukamy w parafiach. Archiwa państwowe i
urzędy stanu cywilnego nigdy nie dadzą nam tej wiedzy, którą możemy
uzyskać od najstarszych członków naszych rodzin. Ich pamięć jest
skarbcem, z którego należy czerpać możliwie najobficiej, nie pomijając
żadnej informacji, szczególnie w obrębie dwóch-trzech pokoleń wstecz. I
to nie idzie tylko o te punkty zaczepienia w XIX w., które umożliwią
ominięcie etapu USC - równie ważne jest wypełnienie historii rodzinnej
faktami i anegdotami, których w dokumentach nie znajdzie się nigdy.
Tylko nasi dziadkowie, ich rodzeństwo i kuzyni mogą pokazać nam
fotografie sprzed stu lat, a co więcej zidentyfikować osoby na nich
widoczne. Mogą wskazać miejsca, w których rodzili się ich rodzice,
umierali dziadkowie itp. Zachowując zdrowy dystans w stosunku do co
bardziej fantazyjnych opowieści, zwłaszcza dotyczących najstarszych
dziejów familii, bezwzględnie należy zaufać wiedzy, która dotyczy
najbliższego kręgu rodzinnego nam już nieznanego, ale przez starszych
krewnych pamiętanego nader żywo. Jeżeli tradycję ustną potwierdzimy
datami z USC, a w dodatku posiadamy przynajmniej orientacyjne punkty
zaczepienia przed 1905 r. (wystarczy parafia i rok z tolerancją do kilku
lat w obie strony) – wówczas możemy wyruszać do archiwum, kluczowego
miejsca poszukiwań. Wszystkich zainteresowanych genealogicznym
spojrzeniem na własną rodzinną historię, zapraszam do korespondencji;
andrzejkompa@o2.pl - spróbuję odpowiedzieć na każde pytanie.
Jeśli zebraliśmy potrzebne minimum informacji genealogicznych o
naszych przodkach i mamy – dzięki naszym krewnym bądź informacjom
zaczerpniętym z Urzędów Stanu Cywilnego – genealogiczne dane, pochodzące
z przełomu XIX i XX w., wówczas możemy udać się do archiwum, które odtąd
będzie głównym, acz nie jedynym, miejscem naszych poszukiwań.
Przesiedzimy w nim niejedną godzinę, poznając przy okazji innych
poszukiwaczy, czasem kilkanaście lat przekopujących się w wolnych
chwilach przez księgi i mikrofilmy, wciąż przy tym nie tracących
entuzjazmu. Szkoda wprawdzie, że łódzkie środowisko genealogów-amatorów
nie jest z żaden sposób zorganizowane, bo wymiana informacji jest zawsze
korzystna, zwłaszcza, że podstawą są najczęściej te same, a co najmniej
podobne, zespoły archiwalne. Pewnym substytutem takiego forum są
genealogiczne portale internetowe (o których kiedy indziej). Czym jest
sieć, jednostka i zespół archiwalny, jak dzielimy archiwa i archiwalia w
nich przechowywane, jakie zasady tym przechowywaniem rządzą – cała ta
ważna teoretyczna wiedza jest przedmiotem dociekań na zajęciach z nauk
pomocniczych historii; nie ma więc potrzeby, by raz jeszcze poruszać
temat. Nas interesować będą tutaj tylko te aspekty problematyki
archiwistycznej, które bezpośrednio wiążą się z wyszukiwaniem własnych
korzeni. W jakich zespołach ukryte są interesujące nas informacje ? Dla
XIX w. są to przede wszystkim akta stanu cywilnego, prawdziwa kopalnia
danych genealogicznych. Siłą rzeczy mają one różną postać na ziemiach
dawnych trzech zaborów. Zaprowadzone w Księstwie Warszawskim w efekcie
wprowadzenia Kodeksu Cywilnego Napoleona, przez następne sto lat z
okładem funkcjonowały w niemal niezmienionej postaci. Były to akta
opisowe – ten model, bodaj najwygodniejszy i najczytelniejszy, dotyczy
całego naszego regionu. Odnajdując jeden dokument trafiamy od razu na
ślad innych, mnogość informacji umożliwia bowiem chronologiczne
posuwanie się wstecz. I tak, w akcie chrztu poza imieniem (imionami) i
dokładną do godziny datą urodzenia dziecka znajdują się personalia
rodziców i ich wiek, dane rodziców chrzestnych (nie ma tu, co prawda,
jak niekiedy w zaborze austriackim, nazwiska akuszerki – poza
przypadkami, gdy to ona zanosiła dziecko do chrztu). Akt małżeństwa
zawiera dokładne informacje o obojgu nowożeńcach – wymienia ich
rodziców, miejscowość, w której przyszli na świat (co ważne,
przyporządkowuje ją właściwej parafii), wiek, informacje o ewentualnie
sporządzonej intercyzie (ponieważ akta notarialne z XIX w. często nie
uległy zniszczeniu, można niekiedy taką umowę przedślubną odnaleźć, co
mogę potwierdzić na podstawie własnej udanej próby). Wreszcie akt zgonu,
choć najtrudniejszy do odnalezienia (bo data zejścia nie znajduje się w
innych dokumentach, wyjąwszy akt zawarcia kolejnego małżeństwa przez
wdowca/wdowę, który przecież też nie zawsze można szybko odkryć),
również dostarcza informacji koniecznych do dalszych badań – często
podaje wiek zmarłego (trzeba jednak podchodzić do niego z pewną
ostrożnością), miejsce jego urodzenia, wzmiankuje rodziców. Jeśli nasi
przodkowie byli piśmienni, akt stanu cywilnego może być opatrzony ich
podpisami – jest to wówczas pamiątka wyjątkowa i warto postarać się o
kserokopię, choć w archiwach jedna strona A4 kosztuje obecnie mniej
więcej 20-25 zł. W innych wypadkach najlepiej spisać całość dokumentu.
Akta stanu cywilnego prowadzone były (z wyjątkiem okresu do 1825 r.)
wyłącznie przez proboszczów, w ramach parafii. Warto więc zorientować
się, w których miejscowościach się one mieściły – dobrą pomocą jest
studium Stanisława Litaka Struktura terytorialna Kościoła łacińskiego w
Polsce w 1772 r. (Lublin 1980), tym bardziej, że przez XIX wiek podział
administracyjny Kościoła w regionie nie uległ większym zmianom – nowych
probostw powstało niewiele. Oczywiście dla innowierców (znów wyjąwszy
początkowy okres) prowadzone były osobne księgi, bądź w ramach parafii,
bądź gmin wyznaniowych. Istotnym uzupełnieniem, choć momentami mniej
przejrzystym i konsekwentnym są zachowane dla wielu miejscowości
regionu, w tym dla Łodzi tzw. księgi ludności stałej i niestałej. W
zaborze austriackim i pruskim akta stanu cywilnego także były prowadzone
– w imperium Habsburgów przez proboszczów (miały specyficzny
państowowo-kościelny charakter, rejestrując np. i urodzenie i chrzest; w
związku z tym łączyły cechy ASC i metryk kościelnych), natomiast w
Prusach – bądź w formie cywilnej, bądź wyznaniowej (tu jednak tylko
obywatele pruscy). Dopiero w 1876 r. zaprowadzono w zjednoczonych
Niemczech całkowicie cywilną, ujednoliconą rejestrację akt stanu
cywilnego. Cechą charakterystyczną wszystkich tych dokumentów jest ich
tabelaryczność (w przeciwieństwie do opisowej struktury, obowiązującej w
Królestwie Polskim, w rodzaju: Działo się w mieście Brzezinach dnia ....
Stawił się N. N., rolnik zamieszkały w Brzezinach, lat ... (...) i
okazał nam dziecię płci męskiej itd.). Trzeba przyznać, że często są
przez to, co może się wydawać paradoksem, znacznie mniej czytelne.
Wykorzystując akta stanu cywilnego z XIX w. można cofnąć się aż do 10
pokoleń wstecz. Dla okresu wcześniejszego podstawowym źródłem informacji
stają się metryki kościelne, wprowadzone w Polsce jako jeden z elementów
reformy potrydenckiej. Zawierają one jednak znacznie mniej informacji,
które też trudniej powiązać, zwłaszcza, że wiele ksiąg poprzez wieki
uległo zatracie. Niemniej te, które pozostały, są nader cennym i wartym
przeszukania źródłem. Akta i metryki to oczywiście tylko zasadnicze
miejsca naszych poszukiwań. Zależnie od grupy społecznej, z jakiej nasi
przodkowie wywodzili się oraz od miejsca, z którego pochodzili, mamy do
wyboru całą gamę innych materiałów rozmaitego charakteru, w których
można znaleźć istotne informacje. Wbrew pozorom nie zawsze jest tak, że
dla szlachty pozostało ich najwięcej. Gdzie szukać akt i metryk ? Na
terenie dawnej Kongresówki większość ASC z XIX w., a i niektóre
wcześniejsze metryki (jedne i drugie zasadniczo w formie mikrofilmów)
dostępne są w archiwach państwowych, w łódzkim np. od Łęczycy po
Radomsko i Wieluń, od Sieradza po Rawę Mazowiecką. Placówek tego rodzaju
(archiwów i ich filii) jest w Polsce 89; nieocenioną pomocą w
odszukaniu, w którym z nich przechowywane są akta z konkretnej
miejscowości, jest informator Księgi metrykalne i stanu cywilnego w
archiwach państwowych w Polsce, opracowany przez Annę Laszuk (Warszawa
2000) oraz przewodniki po zasobach konkretnych archiwów, stopniowo
udostępniane przez internet. Tam także szukać trzeba ksiąg ludności
stałej, akt sądowych, notarialnych itp. Wszelkie natomiast dokumenty
kościelnej proweniencji dostępne są bądź w coraz lepiej i
profesjonalniej funkcjonujących archiwach diecezjalnych, bądź – niestety
– w parafiach. O tym, na jakie trudności można natrafić eksplorując
opisane archiwalia – w następnym odcinku. Wszystkich zainteresowanych
genealogicznym spojrzeniem na własną rodzinną historię, zapraszam do
korespondencji; andrzejkompa@o2.pl - spróbuję odpowiedzieć na każde
pytanie.
Zgodnie z zapowiedzią przyszła kolej na wskazanie najtrudniejszych
przeszkód, pojawiających się na drodze genealoga-amatora. Jest ich sporo
i łatwo je zauważyć, ale - co chcę koniecznie podkreślić - w żadnym
wypadku, wyjąwszy może zniszczenie wszystkich dokumentów, nie są to
trudności nie do przebycia. Nie należy się nimi zrażać; poszukiwanie
wyjścia z sytuacji jest czasem żmudne, ale im dłużej trwa i im bardziej
jest wyczerpujące, tym większa satysfakcja z pozytywnego rozwiązania.
Pierwsze trudności dotyczą docierania do dokumentów, w których
spodziewamy się pozostawionej cząstki naszej rodzinnej przeszłości,
nawet tych tak niezbędnych, jak opisane poprzednio Akta Stanu Cywilnego
czy metryki kościelne. Zdarzają się niestety przypadki zniszczenia
całych dekad ksiąg; na szczęście region łódzki uniknął ich w dużej
mierze (np. jeśli idzie o akta SC, to przeważnie zachowały się całe
zespoły, brakuje w nich tylko poszczególnych roczników, w tym niekiedy,
co bardziej komplikuje sytuację, początkowych roczników, tj. 1808-1817).
Poza tym jeśli natrafimy w archiwum na brak poszukiwanego rocznika,
trzeba pamiętać, że materiały dotyczące jednego miejsca, np. parafii,
często są przechowywane w dwóch, a nawet trzech archiwach. Gwoli
przykładu: księgi ASC z Brzezin przechowywane są po części w Łodzi,
Tomaszowie i Grodzisku Mazowieckim. Archiwa kościelne stosują jeszcze
inną zasadę dyslokacji archiwaliów, opartą o siatkę diecezjalną. Metryki
znajdują się więc często w innych miastach niż XDC-wieczne akta. Są też
i takie parafie, których proboszczowie nadal, póllegalnie co prawda,
przechowują duplikaty ksiąg (czasem to jedyne ocalałe egzemplarze). O
ile jednak niedogodność wielu miejsc przechowywania akt można pokonać,
urządzając sobie jednodniową wycieczkę, lub też zlecając kwerendę
archiwistom (ostrzegam, kosztuje co najmniej kilkanaście złotych za
godzinę !), o tyle znacznie trudniej dotrzeć do analogicznych dokumentów
z ziem dawniej do Polski należących oraz przyłączonych w 1945 r.
Niewiele ksiąg powróciło (warto poszukać w Archiwum Archidiecezji
Lwowskiej w Krakowie i v. Archiwum Zabużańskim przy USC
Warszawa-Centrum) i, co dość na początku XXI w. dziwne, polskie służby
archiwalne nie wystarały się dotąd o wykonanie mikrofilmów z bogactwa
ksiąg, przechowywanych poza granicami. Archiwa naszych wschodnich
sąsiadów przechowują przecież nie tylko informacje o losach Polaków XX
w., ale i o dziesiątkach pokoleń, które żyły wcześniej na tych terenach.
Tezy o spaleniu wszystkich dokumentów polskiej przeszłości przez NKWD
nie odpowiadają w całości prawdzie. Trzeba jeszcze przypomnieć, że
pracownicy archiwum, choć nader sympatyczni i skorzy do pomocy, są
również ludźmi zapracowanymi, mającymi zadania do wykonania inne niż
tylko dyżurowanie w pracowni naukowej Dlatego też, niezależnie od tego,
w którym archiwum zaczynamy nasze poszukiwania, musimy wiedzieć
konkretnie, czego szukamy - świadomość ta musi przekładać się
przynajmniej na możliwość precyzyjnego określenia rodzaju archiwaliów, z
których chcemy korzystać. Archiwista może nam udostępnić od ręki
mikrofilm akt z danej parafii, ale jeżeli przyjdziemy do niego,
dysponując tylko nazwą mikroskopijnej wsi, dziś nieistniejącej, c
niewiadomej dla nas przynależności parafialnej - rozłoży bezradnie ręce.
Odnalezienie dokumentu nie kończy trudności - związane są chociażby z
odczytaniem dokumentu. Nieczytelność pisma kojarzymy raczej ze
średniowieczną minuskułą i jej podobnymi przedmiotami zainteresowań
paleografów, ale odręcznie pisane akta i metryki z XVIII i XIX w. przy
pierwszym z nimi spotkaniu również mogą sprawiać wrażenie niedostępnych
i nie do odcyfrowania. Nie należy się zniechęcać; ćwiczenie czyni
mistrza i to, co przy pierwszym akcie było nie do przebycia, przy setnym
staje się jasne i wyraźne. Dokumenty urzędowe zawsze pisane były według
ustalonych formuł. toteż dzięki odczytaniu powtarzających się wyrazów,
można z powodzeniem rozszyfrować informacje najważniejsze - daty, osoby,
miejsca. Nie należy się też przerażać tym, że księgi XIX-wieczne w
sporej części dawnej Rzeczypospolitej pisane były po rosyjsku - i tu
jednolite i z grubsza niezmienne formy dokumentów pozwalają domyślać się
miejsca kluczowych danych. Wystarczy tylko nauczyć się alfabetu
(grażdanki) w jego dawniejszej, nieco poszerzonej wersji (z literami 'th'
i drugą formą 'je'), nabrać w nim niejakiei płynności, a możliwe stanie
się odczytanie każdej nazwy i każdego imienia-Znacznie bardziej
hermetyczny jest tzw. alfabet gotycki (Kurrentenschrift), stosowany na
ziemiach niemieckojęzycznych bądź wchodzących w skład państw
niemieckich. Rozpoznanie duktu, modułu i kanonu pisma (inaczej mówiąc
„rozczytanie" ręki pisarza) trwa dłużej, odczytywanie jest żmudne, ale
możliwe. Wspomnieć trzeba jeszcze o minach, na które badacz-genealog
natrafić może wewnątrz już odczytanych źródeł. Jedną z najbardziej
dokuczliwych jest zmienność nazwisk, związana już to z przechodzeniem z
jednego na drugi alfabet, a zatem z odmiennym oddawaniem głosek przez
litery, już to z brakiem urzędowego utrwalenia pisowni. Wbrew utartym
poglądom jeszcze w XIX w zdarzało się, że ojciec nosił inne nazwisko niż
syn; poza tym chłopi z okolic Lodzi niekiedy modyfikowali swoje nazwiska
(np. z 'Mrówka' na 'Mrówczyński'). Wcale często korzystali też z dwóch,
mających raczej charakter rodowych przydomków, niż sensu stricto
nazwisk. Proboszczowie wpisywali w akt albo oba (w formie N. vel N.)
albo tylko jedno. Można więc spotkać sytuację, w której np. Piotr
Domińczak z jednego dokumentu i Piotr Wojtasik z innego to jedna i ta
sama osoba. Dlatego przeglądając indeksy ksiąg albo metryki należy
posługiwać się także kryterium imion, a nie tylko nazwisk. Nie należy
także przywiązywać większej wagi do podawanych w aktach zgonów kobiet
ich nazwiskach panieńskich, zwłaszcza gdy stawającymi są w akcie
sąsiedzi zmarłej - nierzadko jest ono niewłaściwe. Wiek zmarłego
podawany jest w przybliżeniu - czasem do 10 lat. Czasem niewłaściwe jest
też miejsce urodzenia. Tego rodzaju błędy wydłużają czas poszukiwania
poprzednich generacji, ale nie uniemożliwiają ich - przede wszystkim
dlatego, że każda osoba dożywająca dorosłości figuruje przynajmniej w
trzech dokumentach. Można więc dojść do prawdy mimo fałszywych tropów. |