| Nie mogą ci kochać Rzeczpospolitej, którzy w niej nic
swojego nie mają |
|
Non possunt illi amare Rempublicam, in qua suum
nihil habent.
Jest to nie tylko trudną, ale prawie niepodobną do pojęcia rozumem
rzeczą, że tak wspaniałomyślni kraju naszego obywatele, których usta jako
najżywszym miłości ojczyzny brzmią nieprzestannie oświadczeniem, że ci
ludzie, którzy tak w domowych posiedzeniach, jako i na publicznych zjazdach
nad niczym częściej, jako nad mizernym tej ojczyzny utyskują upadkiem, ciż
sami ludzie, lubo mają nieomylne, zostawione mocy swojej do zabieżenia temu
środki, wolą jednak i całemu narodowi powszechnie, i im szczególnie
dokuczające znosić utrapienie, aniżeli poprawić zdania swego w tej rzeczy,
której odmiana pewny do zbogacenia kraju, a tym samym do przywrócenia go do
dawnych ozdób i chwały pokazuje sposób.
Sami u siebie przekonani jesteśmy, że zubożenia kraju naszego ta jest
między innymi największa przyczyna, że źródło wszystkich bogactw, handel,
nie tylko u nas ze wszystkim zniszczony, ale i sposobu nie znajdujem, ażeby
nami samymi mógł być do potrzebnej przyprowadzony doskonałości; nie może być
z tego dźwigniony upadku, chyba przez jednych cudzoziemców; ale co byśmy ich
do przyjścia w nasz kraj zachęcić powinni, przez jakąś podłą i nie zdobiącą
urodzenie nasze ku nim nienawiść o to się z jako największą staramy
usilnością, ażeby żaden z nich w naszym nie osiadał państwie.
Nie mówmy tego, iże ta ku nim niechęć jest nam prawie dziedzictwem przez
naszych zostawiona przodków, bo starzy sławni Polacy nie tak wiele o miłości
ojczyzny gadając, ale coś więcej dla niej czyniąc, starali się
przychodzących cudzoziemców tak dobrym zachęcić przyjmowaniem, ażeby
wspólnymi Rzeczypospolitej pragnęli zostać obywatelami; świadkiem są kroniki
nasze, jakże to wiele cudzych familii w naszym osiadało kraju, których
dzieła dla Rzeczypospolitej z jakąż sławą potomne wspominają historie.
Jakże to znaczne corocznie na samą młodych edukacją za granice wychodzą
sumy, które z większym ichże pożytkiem w domu zostałyby się, gdybyśmy tych
uczonych cudzoziemców do naszego mogli posprowadzać kraju, na szukanie
których i znaczne koszta, i najzgodniejsze do nauki obracamy lata, a
częstokroć jeszcze ziomkowie nasi, mało co cudzoziemców w własnym znając
kraju, a przeto nie będąc w tym stanie uczynienia za granicą potrzebnej
między nimi różnicy, miasto dobrych z zepsutymi do ojczyzny wracają
obyczajami; gdybyśmy raczej cudzoziemców w swoim starali się zachowywać
kraju uczyniwszy im nadzieję przyzwoitego na ich przymioty względu, nie
tylko uniknęlibyśmy niebezpieczeństwa wątpliwego w odległych państwach
młodzi naszej wychowania, ale któż wie, jeżeliby za lat kilkanaście,
kilkadziesiąt i u nas nauki i obyczaje do tej nie przyszły doskonałości,
ażeby dla nabycia onychże, wzajemnie naszą Polskę zagraniczni nawiedzali
kawalerowie.
Nie jestże to oczywistym Rzeczypospolitej pożytkiem, że przychodzący
cudzoziemiec sprowadzone z zagranicy sumy nie tylko, w handel je obróciwszy,
z nichże samych jakowyś płaci podatek, ale też część ich znaczną na
potrzebne ludzi i siebie w kraju zostawić musi wyżywienie; wyniknie tu
podobno niejednego odpowiedź, że każdy cudzoziemiec nie dla naszego, ale dla
własnego do nas przychodzący pożytku na to swoje najwięcej obraca myśli,
ażeby przeniósłszy zyskane w kraju naszym do swojego państwa bogactwa,
słodkie pomiędzy własną familią za granicą przepędzał życie. Ale tego tak
nagłego ich od nas oddalenia się czy nie myż sami najmocniejszą jesteśmy
przyczyną? Nie pozwalamy im dłużej u nas posesji; jakże oni ten kraj kochać
mają, w którym mieć swego nic nie mogą? Cudzoziemiec przychodzący prócz
dowolnej, którą mu oczywiście pokazujemy, niechęci nie tylko nie znajduje
potrzebnej dla utrzymania swego kredytu z obywatelami wyższego urodzenia
sprawiedliwości, ale też i prawo nie pokazuje mu żadnego, nawet i osoby
jego, dostatecznego bezpieczeństwa.
Któż się odważy iść w ten kraj, gdzie mu prawo przyzwoitych do upomnienia
się o swoją krzywdę nie pozwala sposobów, gdzie choćby najskuteczniejsze ku
ojczyźnie oświadczał przywiązanie, żadna mu ani polepszenia stanu, ani
większej wolności nie zostaje nadzieja? Musi się jako najrychlej z zarobioną
w ustawicznym niebezpieczeństwie umykać fortuną, ażeby go z niej, łaknące
zawsze na cudze zbiory, gwałtem nie ogołociło zdzierstwo.
Cóż by to królestwu szkodzić mogło, ażebyśmy przez pozwolenie potrzebnych
swobód do przeniesienia się w nasz kraj cudzoziemców zachęcić starali się;
niechby każdy przychodzący, na przykład milionowy kapitalista i tęż całą
sumę w naszym lokujący kraju, mógł mieć tytuł pozwolony szlachectwa, tenże
sam kapitalista tym więcej o dobro publiczne mieć będzie starania, a ta go
kupiona tak znaczna w kraju interesować będzie fortuna; tym samym użytecznym
dla ojczyzny stanie się obywatelem, potomkowie jego z tym większą
Rzeczypospolitej służyć będą gorliwością, im ich żywiej naturalne porównania
się zasługami z dawnymi Polakami pobudzać będzie pragnienie.
Czyż nie więcej ten nowy szlachcic pożytku Rzeczypospolitej przynosi, tak
znaczne do niej wprowadzając bogactwa, niżeli ów nasz szesnastoherbowy
familiant, któren zostawioną od przodków zahartowawszy substancją i
wszystkie za nią z Polski za granice wywiózłszy pieniądze, na cudzoziemskie
przemarnował zbytki. Którenże tu z nich, jeżeli prawdziwie ojczyznę kochamy,
naszej wzgardy, naszej nienawiści, a któren wdzięczności i publicznego
godzien poszanowania?
Ignacy Krasicki
Tekst ukazał się w "Monitorze" nr 41 z 2 sierpnia 1765 roku |