|
|
Wywiad z p. Tadeuszem
przeprowadzony w grudniu 2002 dla miesięcznika "Elity".
Porozmawiajmy o sprawach szlacheckich, więc na początek
pytanie: kto to jest szlachcic?
Odpowiede jest prosta jak to pytanie – potomek
szlachcica w linii męskiej. A w męskiej, czyli po mieczu bo szlachectwo
to sprawa przede wszystkim w swym pochodzeniu wojskowa. W średniowieczu,
gdy powstawały państwa dzisiejszej Europy, najważniejszymi ludźmi króla
czy księcia byli rycerze ze swymi drużynami. I oni dostawali od władcy
wraz z ziemia do użytkowania znak-herb za swe zasługi na polu walki i
stawali się szlachcicami. To się nazywała nobilitacja. Niektórzy już
jakieś znaki własnościowe mieli, a że dobrze władcy służyli, więc
te znaki były akceptowane i na zachodnią modłę na tarczy heraldycznej
układane. To była szlachta odwieczna. Za kolejne przysługi dzielni
rycerze i dostojnicy dostawali czasem nowe ziemie, szczególnie zdobyte na
krańcach państwa. Rycerze mieli tylko imiona. A gdy posiedli jakaś
miejscowość, to byli z niej – np. Jan z Tęczyna, którego ród
stawał się z czasem Tęczyńskimi. Synowie mogli posiadać inne majatki
i od nich też powstawały nazwiska. I tak, z jednego herbu i z jednego
rodu, powstawały nazwiska zupełnie różne. Niekiedy nazwisko powstawało
od przydomku lub przezwiska. Tak więc nazwiska szlacheckie niekoniecznie
na „-ski” kończyć się muszą, są także Kisiele, Łopaty,
Kiszki i Pucki. Tak to można w dużym uproszczeniu powiedzieć.
A co to jest herb?
Odpowiem dzisiejszym językiem. Ród szlachecki to firma prowadząca
dwutorową działalność – rolną i wojskową. Znak firmowy, logo
tej firmy, to właśnie herb. Używany jest przy transakcjach,
korespondencji, umowach – w formie pieczęci, rysunku, lub
wypalonego piętna. W czasie bitew jest na chorągwiach, zbrojach, odzieży.
Podstawowe jego miejsce to rycerska tarcza – tu jest jego najważniejsza
część zwana godłem. Na hełmie jest uzupełnienie nazwane klejnotem,
czasem jest to powtórzenie tego, co na tarczy, czasem jakiś element z
rodowej historii, najczęściej w polskiej heraldyce jest to pęk piór.
Herb ma rozróżniać na polu walki zamkniętych w zbrojach rycerzy, musi
więc być czysty w rysunku i kontrastowy w barwach.
W poprzednich numerach „Elit” dwa razy nasi autorzy
wymieniali Pana dzieło w słowach pełnych uznania. A przecież na rynku
jest sporo reprintów starych herbarzy, sa także nowe pozycje tyczące
heraldyki. Czym Pana praca odróżnia się od pozostałych?
W sporej części naszego społeczeństwa w rodzinnych wspomnieniach
przewija się temat szlachectwa, najstarsze ciotki mówią o posiadanym
przez przodków herbie, babki i dziadkowie wspominają o szlacheckim
pochodzeniu. Najczęściej są to luźno rzucone zdania, brak konkretnych
danych, nazw, dat. Ostatnimi laty wraca chęć poznania swoich korzeni, zwłaszcza
gdy są to korzenie szlacheckie. W większości rodzin dowodów na takie
pochodzenie nie ma w domowych szufladach, trzeba więc sięgać do źródeł
drukowanych, spisów szlacheckich, herbarzy, dokumentów w archiwach
ziemskich. Ale większość naszych ziem z okresu Rzeczypospolitej Obojga
Narodów jest poza naszymi dzisiejszymi granicami, większość też
dokumentów parafialnych, czy powiatowych przepadła w czasie dwóch wojen
i ich następstw. Poszukiwanie swego szlachectwa zaczyna się od dwóch
pytań najprostszych: czy moje nazwisko jest szlacheckie i jak wyglada mój
herb. Wyszukanie nazwiska w wielotomowych herbarzach jest dość kłopotliwe,
ich nabycie bardzo kosztowne. No, a ze znalezieniem wyglądu herbu w
kolorach jest jeszcze gorzej – polska szlachta używała ponad 3
tysiace herbów, a jedyny barwny herbarz Z. Leszczyca z 1908 r. pokazuje
ich 200. Reprinty herbarzy Niesieckiego, Uruskiego czy Bonieckiego to
wydatki około tysiaca złotych, a barwnych herbów w nich nie ma, za to
mnóstwo informacji tak szczegółowych, że zupełnie nieprzydatnych
poczatkującemu badaczowi swej genealogii. Na domiar złego dwa ostatnie z
wymienionych herbarzy nie sa skończone. Sam przeszedłem tę drogę, więc
rychło zdałem sobie sprawę, że potrzebna jest księga zawierajaca możliwie
kompletny spis nazwisk szlacheckich i wizerunki przysługujących im herbów.
Z wykształcenia jestem artystą plastykiem, więc pokazanie polskich herbów
w ich pełnej krasie było moim naturalnym działaniem. Spis nazwisk
sprawił mi więcej kłopotów, musiałem wejść na obcy mi teren. Ten
spis rodów szlacheckich w mojej pracy można nazwać kompilacją z wielu
herbarzy, wielu notatek, nawet z internetu. Osiagnięta ilość 20 tysięcy
nazwisk jest naprawdę spora i chyba największą ze wszystkich znanych mi
źródeł, co jest naturalne, bo jest ich sumą. Za osiągnięcie zaliczam
sobie zmieszczenie całego materiału w jednym tomie, co pozwoliło
utrzymać cenę na dostępnym poziomie. A jest to bardzo istotne –
znalezienie swego nazwiska i herbu w herbarzu wywołuje potrzebę
posiadania tego herbarza w domowej bibliotece. No i na dodatek można
znaleźć w nim też łatwe wprowadzenie do heraldyki, a także obraz
terytorium Rzeczypospolitej – mapkę, spis powiatów.
Profesjonalni badacze stanu szlacheckiego moga czuć się stopniem
kondensacji wiedzy heraldycznej nieco rozczarowani, brak w niej nowych
danych, odkryć genealogicznych, precyzji w datowaniu. Ale same herby nie
budzą większych zastrzeżeń.
Czy z Pana spisu wynika, że polska szlachta składa się w przybliżeniu
z 20 tysięcy rodów?
O nie, te 20 tysięcy to tylko spis nazwisk, a nie rodów! Dla przykładu
nazwisko Kowalski – nosi je w Polsce ponad 130 tysięcy obywateli. W
znanych mi herbarzach jest co najmniej 10 rodów różnych Kowalskich o różnych
znanych herbach i zupełnie nie do odgadnięcia liczba rodów o herbach
nieznanych. Niektórych herbów w swoim zestawie nie pokazałem, stad jest
ich 1250, a nie ponad 3 tysiące. Jest też niewątpliwie sporo rodów o
tym nazwisku pochodzenia chłopskiego czy mieszczańskiego. Książka
przeznaczona jest dla zaczynających swe badania heraldyczne i
genealogiczne, dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, czy mają podstawy
do szukania swego szlachectwa. Stąd moja decyzja redukcji ilości herbów,
a maksymalizacji ilości nazwisk. Czytelnik może znaleźć swoje nazwisko
i jeden, czasem kilka przysługujących mu herbów. Wie wtedy, że jest
spore prawdopodobiefstwo szlacheckiego pochodzenia. Ale prawdziwe dowody
na to może znaleźć jedynie żmudna droga poszukiwań archiwalnych,
dochodząc od swoich niekwestionowanych, udokumentowanych przodków do osób
wymienionych w wielotomowych herbarzach, spisach podatkowych sprzed wieków,
spisach elektorów królewskich, dokumentach sądowych itd. No i sprawa
druga, całkiem innego rodzaju – rody niewątpliwie szlacheckie, co
wynika z różnych dokumentów o sprawowanych urzędach lub posiadaniu majątków
ziemskich w czasach przedrozbiorowych, ale o herbach nieznanych ani z wyglądu,
ani często nawet z nazwy. Po przeczytaniu Trylogii Sienkiewiczowskiej
wydaje się to niemożliwe, a jednak brać szlachecka często nie przywiązywała
należytej wagi do wyglądu i nazwy swego herbu. Przygotowuję druga
pozycję poświęconą polskiej szlachcie i ten właśnie aspekt stanowi
jej podstawowa część. W Polsce, inaczej niż na Zachodzie, jeden herb
przysługiwał wielu, nawet setkom rodów, nie był więc jednoznacznym
wyróżnikiem. W wyniku tej polskiej specyfiki bardzo duża część
szlachty swych herbów nie znała, badź też nie zachowały się żadne
dokumenty herb rodu określające. Wyszukałem prawie 15 tysięcy takich
nazwisk „bez herbu”, co wyraźnie, przy 20 tysiącach nazwisk
o herbach znanych, pokazuje skalę zjawiska. Ten spis będzie zupełnie
nową okazją znalezienia swego szlacheckiego nazwiska dla ludzi, którzy
w dotychczasowych herbarzach znaleźć się nie mogli.
A jakie jeszcze problemy poruszy Pan w swej nowej ksiażce?
Będzie ona uzupełnieniem ksiażki poprzedniej, można rzec, jej
kontynuacją. W „Polskich rodach i ich herbach” całkowicie
pominąłem wspomniane rody o herbach nieznanych. Ale arystokrację również
potraktowałem po macoszemu mimo sporego zainteresowania w Polsce tą
tematyką. Dla ścisłości chciałbym zaznaczyć, że przez arystokrację
uważam w tym wypadku rody utytułowane – baronów, hrabiów, ksiażęta,
choć w istocie powinno się do niej zaliczyć także rody senatorskie,
kasztelańskie, hetmańskie. Planuję wymienić utytułowane rody
litewskie i ruskie sprzed unii polskolitewskiej, nieco wyróżnień obcych
królów i cesarzy dla zasłużonych im polskich rodów i większość z
nadań monarchów państw zaborczych z lat 1772-1918, w dużej części
wynikłych ze sprawowania w Rzeczypospolitej przedrozbiorowej wysokich urzędów
ale też z zachowania znaczącego statusu po jej rozbiorach. Ale
najciekawsze z mojego plastycznego punktu widzenia, będa ich herby zdobne
w korony rangowe, labry, dewizy i trzymacze. Równie marginalnie pokazałem
uprzednio indygenaty, spis szlacheckich rodów cudzoziemskich, które za
zasługi dla Rzeczypospolitej, najczęściej wojenne, zostały przyjęte
do polskiego stanu szlacheckiego. Specyfika indygenatu, w odróżnieniu od
nobilitacji człowieka spoza stanu szlacheckiego, jest uznanie szlachectwa
zagranicznego. To rzadkie wyróżnienie, w historii Rzeczypospolitej około
400 przypadków, było nie tylko przyznaniem przywilejów szlacheckich ale
też nakładało obowiązki, różne w różnych okresach historii, ale
zawsze obowiazywała przysięga lojalności. Rody indygenowane wnosiły do
polskiej heraldyki nowe, przeważnie zachodnie, herby. Stanowią one dużą
atrakcję wizualną. A ponadto ten temat interesuje mnie osobiście.
Prace nad drugą częścią „Rodów” ma Pan już
zaawansowane. A co potem?
Stan szlachecki z jego przywilejami i obowiazkami przestał istnieć z
chwilą ostatniego rozbioru Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Niektórzy
przedłużaja to do upadku ostatnich zaborczych monarchii – do 1918
r. Ale tematy związane ze szlachecką heraldyką i genealogią są nadal
bezmiarem nieznanych informacji. Żyją szlachcice – potomkowie
swych wspaniałych przodków i czekają na nowe odkrycia i książki. Żaden
z wielkich herbarzy nie został dokończony za życia jego autora. Moim
pragnieniem jest dokończyć najbogatszy w wizerunki herbarz Juliusza
Ostrowskiego, oczywiście wzbogacić go o barwy, dodać indeks nazwisk,
dokonać niezbędnej selekcji. Powstanie herbarz o około 3 tysiącach
herbów. Jestem przy literze H. Odtwarzanie wizerunków herbów to moje
najczęstsze zajęcie. Wymaga to poznania języka opisów herbów –
tzw. blazonowania. W Polsce nie jest ono tak precyzyjne i jednoznaczne jak
w krajach zachodnich, często z opisu wynika sporo watpliwości, trzeba
szukać różnych opisów i różnych rysunków tego samego herbu. Rysunki
mają czasem błędy wynikające np. z odwrotnego druku drzeworytu i wtedy
strony są zamienione.
Jednak nie tylko pisaniem książek Pan się zajmuje?
Pracą dla mnie najciekawszą jest projektowanie nowych herbów –
gmin, miast, województw. Wymaga to rozeznania historycznego, środowiskowego,
socjologicznego. Przynosi czasem niespodzianki. Herby zatwierdza władza
samorządowa, czyli jej radni. A oni mają bardzo różny poziom i
upodobania. Nadzorująca ministerialna rada heraldyczna może jedynie
wyrazić swą opinię, nie ma żadnych sankcji. Poziom polskiej heraldyki
ziemskiej jest w fatalnym stanie i niewiele przy obecnym prawie można na
to poradzić. Ponuro żartując można powiedzieć, że heraldyk jak
szlachcic – jest nim, gdy się nim czuje. A w każdej gminie ktoś
czuje się heraldykiem. Ale nie tylko heraldyką się zajmuję, opracowuję
również graficznie inne ksiażki, projektuję okładki, plakaty, znaki
firmowe.
Zainteresowanie pochodzeniem, przodkami, słowem – genealogią,
jest ostatnio ogromne. Z czego to może Pana zdaniem wynikać?
Świat opanowany został przez kapitalizm, najbardziej materialistyczny
ustrój z wszelkich możliwych. Sukces ma w nim ściśle określony wymiar
mierzony w pieniądzu, ranga i wartość jednostki są mocno
zobiektywizowane finansowo. Moralność przestała obowiązywać, etyka
jest zbędnym balastem w robieniu dobrych interesów. Polski kapitalizm
jest młody, a więc bardzo agresywny i bezwzględny. Nasi kapitaliści są
przeważnie bogaci w pierwszym pokoleniu, upojeni sukcesem i puszący się
nim. Jest oczywiste, że kapitalistów jest niewielu, a większość musi
stać się ich pracownikami. Wśród tej większości jest ogromna grupa
ludzi bardzo przegranych w nowym układzie ekonomicznym –
inteligencja, bardzo szeroko rozumiana, od urzędniczki w fabrycznym
kantorze do profesora uniwersytetu, od przedszkolanki do artysty. Mimo
szalonego rozrzutu kompetencji, wykształcenia, uzdolnień –
inteligencja wyznawała zasadę wyższości idei nad materią, myśli nad
siłą, odpowiedzialności za ogół nad własnym sukcesem. Inteligencja w
Polsce przez ostatnie 200 lat decydowała o zasadach moralnych i
etycznych, o manierach i sztuce, o sensie życia i wartościach
intelektualnych. Z wielu oczywistych i raczej ekonomicznych powodów dużą
część inteligencji stanowili ludzie szlacheckiego pochodzenia. I nagle
inteligencja została zdegradowana, jej pozycję w społeczeństwie przejęli
ludzie, których dominujacą cechą jest, ordynarnie mówiac, duża forsa.
I odezwały się tęsknoty do cechy niezbywalnej, niemożliwej do
kupienia, przemycenia ani kradzieży - czyli do statusu szlachcica.
Inteligencja wyciąga przeciw dolarom, mercom, ochroniarzom i Hawajom
– przeszłość, herb i tradycję. Moim zdaniem to piękna obrona,
jakże polska i romantyczna. Na Zachodzie także jest moda na grzebanie w
rodowodach, ale tam nie jest to tak jednoznacznie szlacheckie.
Polska szlachta nie ma zbyt dobrej prasy u wielu historyków,
obwiniana jest o upadek Polski w XVIII w., wyzysk chłopów, pijaństwo,
warcholstwo i wiele tym podobnych wad.
Są różni historycy i różne kryteria ocen. Ja stosuję prostą
zasadę biblijną – po owocach poznacie ich. Szlachta w całej
historii Polski była klasą rządzącą i cała polska historia jest
wynikiem jej działania. Bez szlachty nie byłoby imperium Piastów i
Jagiellonów, bez niej nie byłoby żadnej klęski ale też żadnego
polskiego sukcesu, nie byłoby rozbiorów ale też bez szlacheckich potomków
nie byłoby odrodzenia w 1918 r. Szlachta stanowiła w Polsce około 10%
populacji, a więc musieli być wśród niej zarówno zbrodniarze jak i
bohaterowie, zarówno łajdacy jak i święci. Ale fakt, że istniejemy i
jesteśmy znaczącym w Europie państwem świadczy, że ci dobrzy
stanowili przeważąjacą większość.
Czy nie ma Pan obaw, że wiele osób poczuje się szlachtą bez
uzasadnionych podstaw, że wielu, którzy znajdą swe nazwisko w Pana książkach,
będą się pod szlachciców podszywać?
O podszywaniu się raczej nie może być mowy, do tego potrzebna jest zła
wola, świadomość oszustwa, a przecież w istocie najczęściej występuje
wiara bez dowodów, co nie wydaje się zbyt naganne, zwłaszcza jeżeli za
tym następuje przyjęcie zasad szlacheckich oczywiście w ich pozytywnym,
intencjonalnym wymiarze. Moje prace nie mogą być w żadnym wypadku
traktowane jako naukowe lub źródłowe. Sa to wabiki do spraw poważnych
i szlachetnych. Pragnę, by szlachectwo weszło do naszych mieszkań wraz
zasadą noblesse oblige. Zasadność szlachectwa pana XY, który odnajdzie
siebie w moim spisie jest dla mnie drugorzędna, jeżeli poczuje on
potrzebę godnego postępowania w zwiazku z właśnie odkrytą przynależnością
do rycerskiego stanu. Celem mojego herbarza jest odrodzenie idei
szlachectwa w najszerszych kręgach społecznych, wywołanie korzystnego
społecznie snobizmu, upowszechnienie niedostępnego za żadne pieniądze
statusu szlachetnie urodzonego. Chciałbym, by stało się to przeciwwagą
dla panoszących się nuworyszów i prostackich biznesmenów. Natomiast,
co do braku uzasadnionych podstaw, to jest to zjawisko dość powszechne wśród
naszej szlachty, i to zarówno tej autentycznej jaki i wyimaginowanej.
Nasi królowie w przeszłości popełnili bład niewybaczalny – nie
ustanowili królewskiego urzędu administrujacego nobilitacjami,
indygenatami, gromadzącego wizerunki herbów wraz z nazwiskami rodów, którym
herby te są przypisane. Urzad taki nazywa się heroldią. Polska szlachta
z taka instytucją spotkała się dopiero w czasach zaborów, ale przecież
były to heroldie rosyjska, pruska i austriacka, i spora część szlachty
nie chciała lub nie zdołała się w tych obcych spisach znaleźć. Nie
zdołała, bo nie miała funduszy na administracyjne opłaty lub
odpowiednich dokumentów, a centralnej, jak byśmy to dziś powiedzieli,
dokumentacji nie było. Rody ciężko i skromnie wiekami pracujące w
swych majątkach, nie procesujące się, nie ubiegające o urzędy mają
dziś mała szansę na znalezienie dokumentów potwierdzających ich
szlacheckie pochodzenie. Trzeba sporo wytężonej pracy archiwistów,
badaczy akt dawnych, szczęścia w poszukiwaniach, by na jakiś ślad
natrafić. A przecież dla przekonywującego dowodu należy potwierdzić
pokolenie po pokoleniu powiązanie przeszłości z teraźniejszością. I
dlatego dla wielu obecność ich nazwiska w herbarzu i trochę szczątkowej
pamięci rodzinnej wystarcza do pewności, że pochodzą od średniowiecznych
rycerzy. Jeżeli w jakimś wypadku nie będzie się to zgadzało z
historia, to nikt na tym nie straci, a stosowanie maksymy noblesse oblige
podnosi społeczna wartość każdego człowieka. |