| Epizod w Jezierzanach z czasów I Wojny Światowej |
|
ROZDZIAŁ 1
DZIEJE 1. PUŁKU UŁANÓW KRECHONIECKICH
Ciąg dalszy "Dziejów ... z TEKI numer 2. B.J.K.
2-i szwadron również zyskał jednego oficera, byt nim porucznik
Zahorski z dragonów gwardji.
16 listopada dywizjon przechodzi do Brańczyc. Tu dowództwo dywizjonu
obejmuje rotmistrz Butkiewicz, zaś 1-go szwadronu - sztab-rotmistrz
Feliks Dziewicki (z ryskiego pułku dragonów), który razem z Budkowskim
i Butkiewiczem prosił o przeniesienie do polskich ułanów, ale dopiero
teraz je uzyskał. Dowództwo 2-go szwadronu obejmuje porucznik Zahorski.
Rotmistrz Pieńkowski wyjeżdża na zawsze. Przybywają nowi oficerowie :
porucznik Włodzimierz Sobieszczański (z pospolitego ruszenia), który
obejmuje stanowisko adjutanta, i Roman Skrzynecki (również z pospolitego
ruszenia); ten ostatni zresztą opuszcza dywizjon prawie zaraz po
przybyciu.
Dywizjon nie jest teraz tem, czem był, opuszczając Puławy, to już nie
grupa pełnych dobrej woli, lecz nic nie umiejących rekrutów, teraz są
to już żołnierze dobrze ostrzelani. Parę miesięcy twardej pracy
wojennej zmieniły ich nie do poznania, ułani wyrobili się, zmężnieli.
Dowodzą nimi oficerowie, a nie ludzie cywilni w mundury przebrani.
Pierwsze powodzenia dodały otuchy, napełniły ich wiarą we własne siły.
Wreszcie już i nazwa ich inna, to nie jakieś pospolite ruszenie, to zupełnie
oficjalnie "polscy ułani" i to w znacznym stopniu dzięki własnym
zasługom, które się niemało przyczyniły do otrzymania zezwolenia na tą
zmianę nazwy. Dzięki swej postawie w ogniu, młody dywizjon odrazu zyskał
sobie popularność w jeździe rosyjskiej, a i odznaczeń sporo. Wielu ułanów
już nosi krzyże "Świętego Jerzego".
Liczne plotki kursują w tym czasie po dywizjonie. Mówią, że dywizjon
ma się rozwinąć w pułk, że Rosjanie dadzą żołnierzy Polaków z
rosyjskich pułków. Niestety na urzeczywistnienie tych wieści trzeba było
czekać aż do chwili zachwiania się potęgi caratu, aż do rewolucji.
Jednocześnie doszła wiadomość, że rotmistrz Obuch-Woszczatyński
stara się o dowództwo dywizjonu.
Święta Bożego Narodzenia spędził dywizjon w Brańczycach, u właścicieli
Brańczyc, państwa Bułhaków, którzy gościnnie podejmowali wszystkich,
zarówno oficerów jak i ułanów. Wkrótce po Nowym Roku nadszedł rozkaz
sztabu polskiej brygady, wzywający dywizjon pod Bobrujsk dla połączenia
z piechotą. Jeszcze podczas pobytu 1-go szwadronu w IV korpusie kawalerji
zaszedł wypadek, który do pewnego stopnia zachwiał zaufanie Rosjan do
naszych ułanów i może spowodował prędsze wycofanie szwadronu z
frontu, a więc wyszedł mu na dobre, przyśpieszając połączenie
dywizjonu.
Gdy szwadron był pod Mrocznem, Rosjanie wzięli do niewoli około 100
ludzi z 4-go pułku Legjonów z oficerem na czele. Zachodziła obawa, że
Rosjanie powieszą legjonistów, pochodzących z zaboru rosyjskiego. Jeńców
umieszczono przy sztabie IV korpusu. Ułani wszelkimi sposobami starali się
z nimi skomunikować, żeby ich nauczyć jak mają odpowiadać podczas
badania, by uniknąć represji. Kilku ułanom udało się rzeczywiście
porozumieć z jeńcami. Ostatecznie najbardziej skompromitowanym ułatwiono
ucieczkę, która się im powiodła, co do reszty zaś udało się wyrobić
zapisanie ich jako jeńców austrjackich.
Z Brańczyc sporo ułanów, około 30, odjechało do szkół, chcąc
uzyskać stopień oficerski. Bardzo wielu ułanów, posiadając cenzus
naukowy, miało prawo wyjazdu do szkół; żeby nie osłabiać dywizjonu
miano ich wysyłać partjami. Spodziewano się, że powrócą, jako
oficerowie, jednak po szkole przydzielono ich przymusowo do pułków
rosyjskich i powrócili przeważnie dopiero podczas rewolucji.
POD BOBRUJSKIEM
Wkrótce po Nowym Roku dywizjon wymaszerował pod Bobrujsk. Mróz silny,
ślizgawica wielka, prawie całą drogę trzeba iść pieszo i prowadzić
konie. Ułani idą na Pohost, Hłusk, Atraszkowicze. 29 stycznia przechodzą
do Bobrujska, gdzie ich serdecznie wita I bataljon strzelców. Pierwszy
szwadron staje w Titówce, o 6 kilomentrów od Bobrujska, drugi w Babinie.
Nareszcie dywizjon wchodzi znów w skład brygady, która liczy 4
bataljony. Dowodzi nią generał Szymanowski.
30 stycznia przybywa nowy dowódca - rotmistrz Obuch-Woszczatyński, były
konny artylerzysta, przybywa obecnie z terytorialnej dywizji kawalerji
kaukaskiej, tak zwanej "dzikiej dywizji". W ślad za nią
przybywają liczni oficerowie : sztab-rotmistrz Miniszewski, korneci
Alfred Tyszkiewicz, Zdzisław Chrząstowski, Stanisław Radziwiłł, chorążowie
Jan z Kościelca Pogorski, Karol Radziwiłł, Gorzechowski, Aleksander
Wielopolski. Wszyscy z jazdy rosyjskiej.
Jednocześnie przybywają, młodzi chorążowie ze szkody : Czesław
Chmielewski, Jerzy Ursyn-Niemcewicz i Eugenjusz Chrzanowski. Wreszcie
przyjeżdża po raz drugi oficer piechoty, instruktor walki pieszej, chorąży
Jelski. Przybywa znów znaczna ilość szeregowców ochotników. Natomiast
opuszcza dywizjon, wracając do swego dawnego pułku, porucznik Zahorski.
Czas upływa na ćwiczeniach i przeglądach. Braki są jeszcze znaczne,
trzeba wszystkie wyrównać przed ewentualnem ponownem wyjściem na front.
Znowu zaczynają kursować najrozmaitsze pogłoski: że bataljony strzelców
rozwiną, się w pułki, brygada w dywizję, że ma być pułk ułanów,
ze pułk ten i przyszły pierwszy pułk piechoty maja być zaliczone do
gwardji. Na tą ostatnią wiadomość ułani sarkają mocno, mówiąc, że
im łaska carska niepotrzebna.
Pogłoski zaczynają nabierać coraz więcej cech prawdopodobieństwa,
potwierdza je w rozmowie z paru oficerami pułku wielki książę Borys,
dodając, że on sam będzie szefem pułku, a jego dowódca bądź
rotmistrz Obuch - Woszczatyński, bądź ówczesny dowódca ułanów
gwardji, podpułkownik Wielopolski.
Kornet Moczulski zostaje wysłany do kwatery carskiej z projektem farmacji
pułku i wręcza go adjutantowi cesarza - Zamoyskiemu. Przy tej okazji
przywozi nowe wiadomości, że pułk rzeczywiście ma być utworzony, że
otrzyma sztandar, bo dotychczas dywizjon go nie posiada, że nie będzie
to jednak dawny sztandar pierwszego pułku ułanów, tylko sztandar
konnych strzelców gwardji, którzy, przystępując do powstania w 1830
roku, swój sztandar odesłali carowi, jako od niego otrzymany.
Wszyscy wierzą tym pogłoskom. Podobno ma być już wyznaczone miejsce
formowania pułku Carskie Sioło pod Petersburgiem - raptem nadchodzi
rozkaz absolutnie sprzeczny ze wszystkiemi pogłoskami : dywizjon wychodzi
na front pod Baranowicze wraz z brygadą. Pociągi są już zamówione
przez nowego dowódcę brygady, generała Sławoczyńskiego.
Dowódca dywizjonu chciał sobie stworzyć jakaś kadrę, któraby mogła
wysyłać uzupełnienia do dywizjonu, lub w razie możności stworzyć
zapasowy szwadron, na który zresztą władze rosyjskie się zgodziły.
Szwadron miał zostać w Titówce. Dowodził nim sztab-rotmistrz
Miniszewski, młodszymi oficerami byli kornet Chrzanowski i chorąży
Wielopolski.
9 maja, na stacji Berezyna, obsługującej Bobrujsk, załadowały się oba
szwadrony. Obsada szwadronów była wtedy następująca : pierwszy
szwadron - dowódca rotmistrz Dziewicki, młodsi oficerowie :
Ursyn-Niemcewicz, Gorzechowski, Leon Racięcki (były wachmistrz
awansowany na chorążego), Stanisław Radziwiłł; drugi szwadron -dowódca
Butkiewicz; młodsi oficerowie:Borakowski, Chmielewski, Moczulski, Karol
Radziwiłł.
Dowódca dywizjonu zatrzymał przy sobie, jako swój sztab, Pogorskiego,
Jastrzębowskiego i Tyszkiewicza. Wreszcie Sobieszczański został czasowo
odkomenderowany do sztabu brygady strzelców na stanowisko szefa sztabu.
Transporty szły przez Mińsk, Zamirze, gdzie transport drugiego szwadronu
stał na stacji podczas niemieckiego napadu lotniczego; stacja ucierpiała
mocno od bomb, naszemu transportowi nic się nie stało. Oba transporty
zostamy kolejno wyładowane na stacji Pogorzelec, ostatniej, do której
dochodzimy pociągi. Dywizjon stanął biwakiem w lesie między
Czernichowem i Stajkami. Stał tu cztery dni.
Jak mówiono wówczas, to przerwanie formowania dywizji strzelców i pułku
ułanów miało nastąpić wypadkowo. Ktoś, na zapytanie, jak stoi
wyszkolenie w tych oddziałach, odpowiedział, że są one już całkowicie
wyszkolone - zrozumiano to jako gotowość bojową i wysłano na front. W
tym czasie zresztą Rosjanie ściągali wszelkie rozporządzalne siły, był
to okres przygotowań do wielkiej czerwcowej ofensywy Brusiłowa. Strzelcy
i ułani zostali przydzieleni do moskiewskiego korpusu grenadjerów, którym
dowodził generał Parskij.
W OKOPACH POD BARANOWICZAMI
(Szkic 41)
Od 15 maja dywizjon stał w Swojatyczach, czekając na rozpoczęcie
ofensywy rosyjskiej, miał on wraz z jazdą rosyjską być użyty dla
wykorzystania powodzenia; czekano więc aż Rosjanie przerwą front i rzucą
się na Baranowicze, słabo przez Niemców obsadzone. Rosjanie rozpoczęli
natarcie dopiero 2 lipca.
W nocy z 2 na 3 lipca dywizjon został zaalarmowany. Podobno został
przerwany front niemiecki, kawalerja potrzebna na przedzie. Dywizjon
przechodzi pośpiesznie do lasu pod Słotowicze, gdzie spotyka pułk
uralskich kozaków, z którymi ma wspólnie działać. Mocno krzywią się
ułani na takie towarzystwo.
Był to jednak fałszywy alarm. Front wcale przerwany nie był i Niemcy
siedzieli mocno w Baranowiczach. 4 lipca wrócili ułani do Swojatycz.
Po zatrzymaniu ofensywy na Baranowicze front się mniej więcej
ustabilizował wzdłuż Szczary. 20 lipca ułani opuścili Swojatycze i
przeszli do wsi Wielkie Kozły, 21 do wsi Kamionki. Potem przeszli do
rejonu Malewa pod Nieświeżem, gdzie stali we wsi Kamionce-Jeleńszczyznie.
Od połowy września szwadrony zaczęły pełnić kolejno służbę w
okopach, luzujac się co tydzień. Jednocześnie jeden pluton z oficerem
stale pełnił służbę przy sztabie brygady, która to służba trwała
miesiąc, po miesiącu przybywał zawsze nowy pluton.
Odcinek ułanów znajdował się na skrajnem prawem skrzydle armji, na południe
od kołdyczowskiego jeziora, koło całkowicie zniszczonej wsi Wojkowicze.
Na lewo od ułanów stali polscy strzelcy, na prawo - kawalerja rosyjska,
jeden z zaamurskich pułków.
Popłynęły smutne i jednostajne dnie w okopach, bez żadnych ważniejszych
wypadków. Odcinek był spokojny. Żadnych większych działań nie
rozpoczynali ani Niemcy, ani Rosjanie. Była tylko, jak zawsze w wojnie
pozycyjnej codzienna, mało zresztą szkodliwa, strzelanina. Okopy ułanów
znajdowały się w odległości około 2000 metrów od okopów
niemieckich, odległość taka zapewnia względny spokój. Poza tem oczywiście
służba patroli na przedpolu i utarczki z patrolami nieprzyjaciela.
Jest to może najbardziej jednostajny, najbardziej beznadziejny okres
dziejów pułku. Zabójczo nudna praca w okopach bez żadnej nadziei na
zmianę losu, a jednocześnie zniszczenie marzeń o rozbudowie szczupłych
polskich jednostek, o stworzeniu przy pomocy władz rosyjskich jakiejś
poważniejszej siły. Bo rzeczywiście, gdyby Rosjanie mieli zamiar
pozwolić na formowanie nowych jednostek czy przynajmniej na powiększenie
dawnych, to przecieżby brygady strzelców i dywizjonu ułanów nie wysyłali
na front, gdyż pobyt na froncie absolutnie uniemożliwiał dalszą
organizację.
Jednak stało się trochę inaczej. W dywizjonie postanowiono sformować
nowy szwadron, rozwijając tak zwany "oddział zapasowy",
pozostawiony w Titówce i dozwolony przez władze rosyjskie. Oficerów i ułanów
ochotników nie brakło. Miał wiec powstać nieurzędowy, niedozwolony,
trzeci szwadron, zachowując dawna urzędową nazwę "oddziału
zapasowego".
Część oddziału przyprowadził jeszcze 15 i 16 lipca sztab-rotmistrz
Miniszewski. Ludzi było dość, pomimo to, że zostawiono dwa plutony
jako zapasowe w Bobrujsku.Koni jednak narazie brakowało. Udało się wkrótce
rotmistrzowi Miniszewskiemu wydostać 60 koni z zapasu koni w Smoleńsku.
25 przyprowadził chorąży Tyszkiewicz z Homla. Trochę koni było już
przedtem, sformowano więc szwadron.
Dowódcą szwadronu został sztabrotmistrz Miniszewski, młodszymi
oficerami kornet Chrząstowski, chorążowie Chrzanowski, Bem de Cosban i
Święcicki. Przybyło bowiem w tym czasie sporo oficerów: Bem de Cosban
(z bugskich ułanów), Święcicki (z kirasjerow gwardji), Karol
Zdziechowski, który świeżo ucieka z niewoli niemieckiej, i rotmistrz
Waraksiewicz (z przymorskich dragonów). Ten ostatni został zastępcą
dowódcy dywizjonu. Przyjechał nieco później kornet Prószyński i
sztabrotmistrz Tadeusz Żółkiewski (z kijowskich huzarów), jeden z
bardzo nielicznych w Rosji oficerów młodszych, posiadających wszystkie
dostępne dla tych stopni bojowe ordery i odznaczenia.
Wkrótce też przybyli ze szkół młodzi nowomianowani oficerowie.
Przytem powstała sytuacja dość nienormalna, gdyż nowoprzybyli
otrzymali przy wyjściu ze szkoły stopień korneta, natomiast oficerowie
starsi, którzy od dłuższego czasu byli na froncie, posiadali tylko
stopień chorążego.
Ze szkół przybyli wówczas: korneci Strzednicki, Kentro, Mikke (z
twerskiej szkoły), Michał Dziewanowski, Aleksander Hazaraki, Płużański,
Lipski i Rudnicki (z elizawietgradzkiej szkoły). Poza tem przybyli
pierwsi dawni ochotnicy dywizjonu, awansowani na oficerów po skończeniu
szkoły: Mieczysław Łebkowski i Stefan Zaborowski.
Natomiast chorążowie: Wielopolski i Gorzechowski zostali odkomenderowani
do piechoty, kornet Moczulski odjechał. Odjechali również: instruktor
walki pieszej - Jelski, obaj Radziwiłłowie i Tyszkiewicz.
Oprócz sformowania trzeciego szwadronu wykonano i inną poważna pracę
organizacyjna, mianowicie sformowano szkołę podoficerską, która
przygotowała licznych doskonałych podoficerów, stanowiących, obok
korpusu oficerskiego, szkielet przyszłego pułku. Szkołą dowodził
sztab - rotmistrz Żółkiewski, mając do pomocy kornetów
Dziewanowskiego i Mazarakiego. Rotmistrz Żółkiewski musiał wkrótce
oprócz szkoły objąć też dowództwo zapasowego szwadronu, gdyż
sztabrotmistrz Miniszewski opuścił dywizjon na zawsze. Właściwie nie
był to dotąd trzeci szwadron, tylko oddział zapasowy, bo nadzieje na
to, że Rosjanie pogodzą, się z faktem dokonanym i zgodzą się na
istnienie tego szwadronu, zawiodły. Odmówiono zatwierdzenia go, pozostał
więc nadal jako "oddział zapasowy" na papierze - szwadron w
rzeczywistości.
Nagle, pod koniec 1916 roku rozchodzi się nowa wiadomość. Pozwolono na
formowanie na Ukrainie drugiej brygady strzelców, która wraz z pierwszą
ma stanowić dywizję, do niej też będzie przydzielony dywizjon ułanów,
bo ma być tylko dywizjon narazie.
Tym razem wiadomość ta nie jest plotką. Dnia 12 lutego 1917 roku
zostaje ogłoszony rozkaz pożegnalny korpusu grenadjerów, żegnający
polska brygadę i ułanów. Przez cały czas bowiem pobytu pod
Baranowiczami brygada a z nią ułani wchodzili w skład moskiewskiego
korpusu grenadjerów. Teraz mają odejść na Ukrainę. Dowódca korpusu,
generał Parskij, dziękuje w rozkazie Polakom za piękna pracę bojową,
żegna ich serdecznie, życzy powrotu do Ojczyzny.
Serdecznie żegnali też ułani i strzelcy generała Parskiego,
powszechnie bardzo lubianego za swój nader życzliwy stosunek do Polaków,
za przyjaźń, którą im stale okazywał. Teraz też podczas pożegnalnego
bankietu, urządzonego dlań przez polskich oficerów, generał Parskij w
mowie pożegnalnej, życzył Polakom nie tylko powrotu szczęśliwego do
Polski, lecz ponadto, by w niej nie zastali ani Niemców, ani, jak się
wyraził:"nas, ludzi rosyjskich, jak wy mówicie, moskali".
Niemałej trzeba było odwagi carskiemu generałowi, w czasie jeszcze
przedrewolucyjnym, żeby taką rzecz publicznie powiedzieć.(l). A jednak
ten sam generał" Parskij, nieco później, podczas wojny 1920 roku,
piastował" jedno z wyższych dowództw w armji sowieckiej podczas
jej ofensywy na Polskę.
W CZUGUJOWIE
19 lutego dywizjon zostaje załadowany na stacji Pogorzelec (Mińska
gubernja) i przewieziony przez Zamirze, Mińsk, Bobrujsk, Hornel,
Bachmacz, Romodan i Poltawę do Czugujowa, miasteczka położonego o 14
kilometrów od Charkowa, dokąd przybył dnia 27 lutego.
Przed samym prawie wyjazdem otrzymano z 2-ej armji telegraficzne
zatwierdzenie daty święta pułkowego - 8 września - Narodzenie Najświętszej
Marji Panny (14 stycznia 1917 roku). Po rozlokowaniu dywizjonu zaczęto
regularne ćwiczenia i wytężoną pracę organizacyjną. Ludność miasta
przyjęła polskich ułanów dość chłodno, lecz wkrótce zaczęła w
stosunku do nich okazywać pewna życzliwość. Wojskowi rosyjscy
traktowali dywizjon z pewnym wyróżnieniem, uważali go za gwardję, władze
natomiast stale mu nie ufały i nie chciały się zgodzić na wydanie mu
karabinów maszynowych.
O rozbudowie dywizjonu i formowaniu pułku myślano jednak ciągle.
Rotmistrz Obuch Woszczatyński, awansowany w międzyczasie na podpułkownika,
wyjechał w tej sprawie do Kijowa, oddając dowództwo, dnia 28 lutego,
rotmistrzowi Waraksiewiczowi. Życie płynęło normalnie i spokojnie do
początku marca, gdy zaczęły nagle kursować pogłoski o rewolucji. 13
marca otrzymano depesze tajne, zawiadamiające o abdykacji cara na rzecz
wielkiego księcia Michała, potem o odmowie wielkiego księcia, o
sformowaniu komitetu rządzącego dumy państwowej z dawnym oficerem
kirasjerów, Michałem Rodzianką, na czele.
Był to początek anarchji w armji rosyjskiej -początek końca. W
Czugujowie jednak było spokojnie. Karna postawa ułanów opóźniła o
kilka dni wybuch rewolucji. Nie wiedziano jak się zachowają ułani, a
obawiano się ich mocno, tak, że pomimo zupełnego zrewolucjonizowania,
reszta czugujowskiego garnizonu obawiała się jakiegoś otwartego wystąpienia
bez porozumienia z ułanami. Wreszcie dnia 18 marca władze rosyjskie zwróciły
się do rotmistrza Waraksiewicza z prośbą o pozwolenie zrobienia
manifestacji. Pozwolenie to otrzymali, gdyż dowódca dywizjonu uważał,
że Polacy w Rosji są cudzoziemcami i absolutnie nie powinni się mieszać
do wewnętrznych spraw rosyjskich. Manifestacja się odbyła, ułani w
niej udziału nie wzięli.
21 marca pochód manifestacyjny z czerwonym sztandarem zjawił się przed
koszarami 3-go szwadronu, żądając wzięcia udziału w manifestacjach.
Dowódca szwadronu, rotmistrz Żółkiewski, odmówił stanowczo. W tym
czasie rotmistrz Waraksiewicz polecił stworzenie komitetu dla
informowania ułanów o przebiegu wypadków w Rosji. W kilka dni później,
w dzień święta rewolucji, na rozkaz dowódcy garnizonu, generała
Fenstera, dywizjon defilował przy dźwiękach Marsyljanki, a Orzeł
Polski ze znaczka szwadronowego, który miał się wkrótce stać
sztandarem zasłużonego pułku, spoglądał dumnie, jak Rosjanie własnemi
rękami zrywali swoje orły i wdeptywali w błoto.
W dywizjonie ułanów nie uznano zmian, wprowadzonych w wojsku rosyjskiem
przez osławiony rozkaz do armji i floty Nr. 1, dyscyplina pozostała
dawna, obawiano się wszelkiego rewolucyjnego rozluźnienia i słusznie,
jak tego losy armji rosyjskiej dowiodły. Niektórzy Rosjanie rozumieli
także niebezpieczeństwo i starali .się mu zaradzić, ogłaszając, że
rozkaz jest fałszywy. Ogłosił to "Nasztajuz", to jest szef
sztabu południowo - zachodniego frontu. Odpis tego tajnego pisma
otrzymano w pułku za pośrednictwem polskiej dywizji strzelców, do której
pułk należał.
Nowy rząd rosyjski nakazał złożenie nowej przysięgi na wierność
rewolucji, a nie carowi. Ułani takiej przysięgi składać nie chcieli.
Ponieważ przysięga jednak Musiała byt złożona, rotmistrz Żółkiewski
udał się do dowódcy garnizonu i wymógł na nim pozwolenie składania
przysięgi podług własnej roty. Rotę tę opracowało grono oficerów
pod przewodnictwem rotmistrza Żółkiewskiego. Dokładny tekst jej do nas
nie doszedł. Ułani przysięgli, że walczyć będą do końca o wolność,
niepodległość i zjednoczenie Polski, a zobowiązali się współdziałać
z Rosja o tyle tylko, o ile to się interesom narodowym polskim sprzeciwiać
nie będzie.
Przysięgę złożono dnia 25 marca 1917 roku w Czugujowie. Po złożeniu
przysięgi i pocałowaniu krucyfiksu, rotmistrz Żółkiewski podszedł do
znaczka 2-go szwadronu, ucałował go i powiedział: "Od tej chwili będzie
to nasz sztandar". Tak się tez i stało, do dzisiejszego dnia stary
znaczek szwadronu jest sztandarem 1-go pułku ułanów Krechowieckich.
Wyhaftowały go i ofiarowały panie Polki ziemi mińskiej, w dzień
odjazdu na front, na stacji w Mińsku.
SZWADRONY 3-i I 4-y
Tymczasem nadeszły wieści z Kijowa, od podpułkownika Obuch-Woszczatyńskiego.
Sprawa formowania pułku wcale nie szła dobrze, generał Brusiłow zgodził
się zaledwie na sformowanie trzeciego szwadronu i zmianę
dwuszwadronowego dywizjonu na trzechszwadronowy. Niewielki by to był krok
naprzód, bo trzeci szwadron już i tak istniał, tylko oficjalnie nazywał
się zapasowym oddziałem. Trzeba więc było dać sobie radę jakoś
inaczej, bez pozwolenia władz wyższych.
Niedaleko od Czugajowa, w Balaklei, stał zapasowy pułk kawalerji Nr. 5.
Pułki zapasowe w Rosji - były to połączone razem kadry pułków jazdy,
wysyłające szwadrony marszowe do pułków na front. Każdy pułk
zapasowy obsługiwał dwie dywizje. 5-y był kadrą dywizji 9-ej i 10-ej.
W pułku tym była znaczna ilość Polaków i swego czasu ktoś wymógł
nawet na dowództwie kijowskiego okręgu wojskowego rozkaz o sformowaniu z
nich polskiego szwadronu (2) w kilka dni potem rozkaz ten jednak odwołano.
Teraz przybywa z Balaklei kornet Kazimierz Zakrzewski z wiadomością, że
szwadron polski się sformował i prosi o przyjęcie do pułku.
Jednak to nie wystarcza, trzeba jeszcze dostać jakieś pozwolenie od władz
rewolucyjnych na zabranie go. Po doświadczeniu z Brusiłowem niema sensu
zwracać się do władz wojskowych. Postanowiono wykorzystać niesłychane
zamieszanie, wywołane przez wybuch rewolucji, i na mocy jakiegokolwiek
rozkazu, napisanego nawet przez władzę niekompetentną szwadron zabrać.
Taką władza gotowa, do wydania rozkazu okazał się rewolucyjny komisarz
charkowski, Poddubny. Bez wielkiego trudu wymógł na nim rotmistrz
Waraksiewicz pozwolenie na zabranie 200 ludzi z bronią, tyluż koni i
siodeł.
Po odbiór szwadronu zostali wydelegowani do Balaklei podrotmistrz Żółkiewski
i kornet Dziewanowski. Pomimo gwałtownej opozycji ze strony dowódcy
zapasowego pułku, dzięki zdecydowanej postawie żołnierzy - szwadron
sprowadzono do Czugujowa. Ogromnie dopomógł w tej sprawie rotmistrz
Tomasz Dobrzański z 5-go zapasowego pułku.
Przybycie tego szwadronu było wielkim świętem dla naszych ułanów, bo
na koniec mógł się sformować pułk. To też cały dywizjon wyjechał
na spotkanie nowych kolegów i triumfalnie odprowadził do koszar.
Tak siłą faktu powstał "Pułk Ułanów Polskich", coprawda
jeszcze niekompletny w porównaniu z pułkami rosyjskiemi, liczacemi po 6
szwadronów, bez karabinów maszynowych, które dopiero znacznie później,
po Krechowcach otrzymano, ale zawsze już - pułk.
PUŁK UŁANÓW POLSKICH
Pierwszy rozkaz dzienny do pułku, a nie do dywizjonu, jest datowany z
dnia 25 marca starego stylu, to jest z dnia 5 kwietnia 1917 roku i nosi
Nr. 450. Paragraf 3 tego rozkazu ogłasza, ze oddział zapasowy stał się
3-im szwadronem, że dowódcą jego został mianowany kornet Chrząstowski,
któremu dotychczasowy dowódca podrotmistrz Żółkiewski, natychmiast
odda szwadron. Paragraf 4 stwierdza, że nowoprzybyły szwadron zostaje włączony
do pułku i otrzymuje Nr. 4. Tym samym rozkazem podrotmistrz Żółkiewski
zostaje dowódcą nowego szwadronu, mając jako młodszych oficerów -
kornetów Łebkowskiego, Dziewanowskiego, Mazarakiego, Pruszyńskiego i
Zakrzewskiego.
Datę 5 kwietnia 1917 roku można więc uważać za dzień zakończenia
formowania pułku, chociaż rozkaz z tego dnia nic nie mówi o
przemianowaniu dywizjonu na pułk. To wyraźne przemianowanie nastąpiło
dopiero w rozkazie z dnia 5/19 kwietnia 1917 roku (bez numeru). Obydwa
powyższe rozkazy są podpisane przez rotmistrza Waraksiewicza i znajdują
się w Centralnem Archiwum Wojskowem w Forcie Legjonów.
Pułk, jak poprzednio dywizjon, miał podlegać polskiej dywizji strzelców,
którą wówczas dowodził generał Bylewski, jemu więc też doniósł
rotmistrz Waraksiewicz o sformowaniu pułku. W sprawach nowego pułku
wyjechał do Petersburga, do sztabu głównego, podrotmistrz Butkiewicz,
kornet Święcicki i chorąży Bem, zawieźli jednocześnie do
zatwierdzenia projekt munduru oraz mieli prosić o nadanie pułkowi nazwy:
"imienia Józefa Poniatowskiego". Jednocześnie wyjechała do
Moskwy druga delegacja, w składzie podrotmistrza Żółkiewskiego,
korneta Lipskiego i korneta Ursyn-Niemcewicza po odbiór obiecanego przez
Rosjan sztandaru jednego z dawnych pułków jazdy polskiej. Szybko posuwający
się rozkład Rosji uniemożliwił jednak otrzymanie sztandarów, mundurów,
nazwy.
Podczas pobytu w Czugujowie agitatorzy rosyjscy próbowali
zrewolucjonizować pułk, tak, jak to zrobili z jednostkami rosyjskiemi.
Zaczęło się od tego, że zażądano od rotmistrza Waraksiewicza
pozwolenia na zwołanie kilku wieców. Będąc zupełnie pewny swych ułanów,
rotmistrz Waraksiewicz pozwolił. Wiece zakończyły się smutnie dla
agitatorów; za pierwszym razem wygwizdali ich ułani i wyrzucili za drzwi
stajni, w której odbywał się wiec; za drugim razem, gdy im już obrzydło
słuchać komunistycznych bredni, rozłożyli mówcę, przysłanego umyślnie
fachowego agitatora, na ławce i wsypali mu w skórę. Na tem skończyły
się próby agitowania pułku w Czugujowie. Grono oficerów pułku zwiększyło
się też znacznie w tym czasie, przybyli: kornet Zakrzewski (z 5-go
zapasowego pułku, wraz z 4-ym szwadronem), kornet Naruszewicz (z
Nowoarchangielskich ułanów, wkrótce odszedł do 3-go pułku strzelców),
korneci: Jerzy Malikowski i Olgierd Ślizien (obaj z 6-go zaamurskiego pułku),
chorąży Przewłocki (z korpusu paziów).
W maju zakończono w rejonie Kijowa formowanie dywizji strzelców. Miała
ona natychmiast wyjść na front. Oczywiście pułk miał z nią wyruszyć,
ponieważ stanowił jej część organiczna. Wyjazd z Czugujowa nastąpił
dnia 3/16 maja do Płoskirowa. Dowództwo pułku stanęło we wsi Rososze.
W końcu maja nowy dowódca dywizji strzelców, generał Simon, po rewji
pułku, którego wygląd i wyszkolenie bardzo mu się spodobały, zebrał
oficerów, długo omawiał z nimi kwestję dalszego formowania polskich
oddziałów i wyraził życzenie, żeby pułk sam przedstawił kandydata
na swego dowódcę. Oficerowie po porozumieniu się między sobą prosili
o wyznaczenie pułkownika Bolesława Mościckiego, dotychczasowego dowódcy
1-go zaamurskiego pułku.
PUŁKOWNIK MOŚCICKI - KRECHOWCE
WKROCZENIE DO MAŁOPOLSKI
Ludność Podola, która w tym już czasie rozpoczęła masowa grabież
polskich majątków, nie była zadowolona z przybycia dywizji strzelców i
pułku ułanów, gdyż sama obecność tych oddziałów uniemożliwiała
całkowicie dalszą grabież. To też wysłano prośbę do Kiereńskiego o
usunięcie polskich jednostek z Podola. Krok ten jednak już nie był
potrzebny: miała się rozpocząć tak zwana "ofensywa Kiereńskiego"
i pułk wyruszył na front wraz z dywizją strzelców.
Dnia 2 czerwca nastąpił wymarsz do Kuźmina, 4 czerwca przekroczono
granicę rosyjsko-austrjacką w Satanowie, gdzie pułk był
entuzjastycznie witany przez tamtejszą ludność polską, dalej pułk
pomaszerował przez Kopyczyńce, Wierzbiatyn, Birkałę Stara, Tudynkę do
wsi Uwsie i Kalne pod Kozową. Podczas pobytu we wsi Rososze wprowadzono w
pułku, zgodnie z rozkazem dywizji strzelców z dnia 10/23 maja Nr. 40, pułkowy
sąd honorowy. We wsi Kuźmin przybył nowy oficer kornet, Ludomir Wysocki
(z zapasowego pogranicznego pułku). Podczas postoju we wsi Chatki nastąpiła
chwila krytyczna dla pułku.
Wojska rosyjskie coraz więcej zdemoralizowane, bić się nie chciały. Wpływ
sąsiednich jednostek rosyjskich, jak również i gwałtownie prowadzona
agitacja zachwiały dywizję strzelców, zaczęto zastanawiać się, czy
bić się, czy też nie (l). Widząc niebezpieczeństwo i obawiając się
czegoś podobnego wśród ułanów, zebrano cały pułk na łące pod wsią
Chatki, gdzie do zebranych ułanów przemawiało kilku najstarszych z pośród
nich oraz paru oficerów. Największe wrażenie wywarły przemówienia
rotmistrza Waraksiewicza, podporucznika Zakrzewskiego i starszego ułana
Kaczmarskiego.
Ułani uchwalili rezolucję, opiewając; mniej więcej co następuje:
"Ułani polscy, zebrani we wsi Chatki, oświadczają, że stoją,
nadal niezłomnie pod Sztandarem Wolności, Całości i Niepodległości
Ojczyzny, pod który się zaciągnęli pierwotnie do służby; jako
formacja polska sprzymierzona z armią rosyjską, będzie się bić obok
niej z Niemcami, wykonując wszystkie rozkazy dowództwa (2). Powyższa
rezolucja stała się podstawą dalszego działania pułku, wyraża ona myśl,
która doprowadziła do Krechowiec, myśl tworząca z pułku jedną, bryłę
zdolna do stawienia czoła wszelkim trudnościom i do wytrwania do końca.
O powyższej rezolucji zawiadomiono dowództwo rosyjskie. W czasach
rewolucji był to niemal unikat, to też generał Brusiłow przysłał w
odpowiedzi depeszę gatulacyjna, a kilku innych generałów przysłało
podobne depesze od siebie. Rezolucję i depesze gratulacyjne przedrukowała
prasa rosyjska, komentując szeroko karność , panująca w polskich
szeregach i porównując ja z coraz bardziej szerzącą się w oddziałach
rosyjskich anarchją. W ten sposób pułk odrazu zdobył doskonała opinię.
Następnie pułk wziął udział, zresztą dość bierny, nie będąc poważnie
zaangażowany, w ofensywie rosyjskiej na Kałusz i Dolinę, która, jak
wiadomo, zlikwidowały w sposób niesłychanie dla Rosjan haniebny naprędce
sprowadzone oddziały niemieckie, gdyż austrjackie już wtedy nie mogły
stawić czoła nawet rewolucyjnym rosyjskim bandom, bowiem już tylko
bandami stały się prawie wszystkie rosyjskie pułki. Podczas tej
ofensywy pułk po raz pierwszy wystąpił zbrojnie przeciw Rosjanom. Było
to pod Kozową. 8-y zaamurski pułk piechoty rosyjskiej zbuntował się,
ucieka z pozycji, okopał się w zajmowanej przez siebie wsi i groził, że
się oprze z bronią w ręku wszelkim próbom zmuszania go do wyjścia na
front. Wysiano dwa pułki jazdy: polskich ułanów i 2-i zaamurski, które
bez trudu rozbroiły rewolucyjnych "towarzyszy".
Po zebraniu, na którem postanowiono prosić pułkownika Mościckiego o
objęcie dowództwa pułku, została do niego wysłana delegacja w składzie
rotmistrza Dziewickiego i podrotmistrza Żółkiewskiego. Pułkownik nie
dał narazie żadnej odpowiedzi, powiedział, że da odpowiedź dopiero po
zobaczeniu pułku.
Wkrótce też przyjechał do pułku i po zaznajomieniu się z nim dał
odpowiedź przychylną. Pułk w tym czasie został odebrany polskiej
dywizji strzelców i przydzielony do II korpusu kawalerji, którym dowodził
generał książę Tumanów. Do tegoż korpusu należał i 1-y pułk
zaamurski, którym dowodził pułkownik Mościcki. Dzięki poparciu dowódcy
frontu, generała Korniłowa, dowódcy korpusu Tumanowa oraz interwencji
dowódcy zaamurskiej brygady, generała Karnickiego, udało się dość prędko
uzyskać nominację pułkownika Mościckiego na dowódcę polskiego pułku
ułanów.
Dnia 18 lipca pułkownik przybył do pułku, a dnia następnego w
Porohach, pod Nadwórną, objął dowództwo.(l)
PUŁKOWNIK MOŚCICKI
Pułkownik Bolesław Euzebjusz Mościcki urodził się w Wysokiem
Mazowieckiem, w roku 1883. Do szkół został oddany w Łomży, lecz uczyć
się nie chciał, dlatego też oddano go na praktykę górnicza do Zagłębia
Dąbrowskiego. Ciężka praca górnicza i środowisko robotnicze niemało
zapewne wpłynęły na wyrobienie jego charakteru. Tu poczuł brak wiedzy
i zaczął się kształcie samorzutnie. Uzyskał tyle, że zdał egzamin,
dający mu prawo do ochotniczej jednorocznej służby wojskowej. Zaznawszy
tej służby, tak się do niej przywiązał, że obrał sobie fach
wojskowy na zawsze.
Rozpoczął służbę w staroskolskim bataljonie zapasowym, skąd został
wysłany do szkoły piechoty w Czugujewie, ukończył szkolę w stopniu
chorążego piechoty i wyszedł do pułku. W roku 1902, na własną prośbę
został wysłany do Mandżurji, do zaamurskiego okręgu straży granicznej
i przeniósł się do kawalerji. W krótkim czasie wsławił się bardzo
niesłychanie śmiałemi wyprawami przeciw chunchuzom, chińskim rozbójnikom,
prowadzącym ciągła walkę podjazdowa z oddziałami rosyjskiemi. Podczas
wojny japońskiej walczył w szeregach konnych zaamurskich oddziałów.
Pod koniec wojny projektowano głęboki zagon pod rozkazami generała
Miszczenki przeciw brygadzie jazdygenerała Akiyana i dalej na tyły.
Po wydostaniu się na głębokie tyły przeciwnika, 9 podjazdów miało
wyruszyć w różnych kierunkach i poniszczyć linje komunikacyjne
przeciwnika. Na dowódców tych podjazdów wybrano 9 najlepszych oficerów
kawalerji. W ich liczbie był też ówczesny porucznik Mościcki. Zawarcie
rozejmu przeszkodziło wykonaniu tego zamiaru. Po wojnie rotmistrz Mościcki
pozostał nadal w Mandżurji i przez dłuższy czas dowodził detaszowanym
szwadronem, walcząc nadal przeciw chunchuzom. W roku 1910 utworzono
regularne pułki jazdy zaamurskiej, rotmistrz Mościcki został wcielony
do 2-go pułku, w którym objął dowództwo szwadronu szkolnego, szkolącego
oficerów dla 1-go, 2-go i 3-go pułków.
Przez tak długie lata, będąc na dalekiej obczyźnie, rotmistrz Mościcki
nic ze swej polskości nie utracił, był Polakiem i dobrym Polakiem.
Starał się duch polski podtrzymywać wśród nielicznych rodaków,
jakich tam spotykał, zbierał u siebie oficerów Polaków, u niego było
źródło polskich książek i czasopism, z którego inni mogli zawsze
czerpać. Praca narodowa rotmistrza Mościckiego obejmowała zresztą
nietylko wojskowych. Miał on przemożny wpływ na całą cywilną kolonję
polską. Świadczy o tem dokładnie jego dawny kolega pułkowy i
przyjaciel, generał Sochaczewski, w obszernej relacji o pułkowniku Mościckim,
nadesłanej do pułku. Poza tem szwadron był zawsze wzorowym, co nieraz
podkreślał ówczesny dowódca 2-go zaaamurskiego pułku, pułkownik
Karnicki (dziś polski generał).
Ciekawym przyczynkiem do charakterystyki rotmistrza Mościckiego jest następujący
drobny epizod, opowiedziany przez naocznego świadka, pułkownika Górskiego,
wkrótce po japońskiej wojnie Mościcki znalazł się na jakimś
bankiecie wojskowym, urządzonym na cześć przyjezdnego wysokiego
dygnitarza. Przy stole łowiono o przyczynach niedawnej porażki. Obecni
generałowie wypowiadali najrozmaitsze zdania, gdy raptem na szarym końcu
stołu powstał młody, nikomu prawie nieznany oficer i poprosił o głos.
Był to rotmistrz Mościcki. Ku niesłychanemu zdumieniu wszystkich
obecnych powiedział, ze główną, przyczyną porażki było bardzo złe
traktowanie żołnierzy, obchodzenie się z nimi, jak z bydłem. Podobnego
rodzaju wystąpienie wymagało w tych czasach niezmiernej odwagi i mogło
dla mówcy zakończyć się bardzo smutnie. Na szczęście przyjezdny
dygnitarz nie był złośliwie usposobiony, powiedział tylko, że z takim
przekonaniem lepiej jest służyć na Dalekim Wschodzie i do Europejskiej
Rosji nie wracać.
W roku 1911 rotmistrz Mościcki został wysłany do oficerskiej szkoły
jazdy w Petersburgu. Ukończył ją w roku 1913 i, jako rotmistrz, powrócił
do pułku i objął dowództwo 2-go szwadronu. W grudniu tegoż roku
wykonał podczas mrozów ekspedycję przeciw chunchuzom w okolice Mangau.
Ekspedycja była najcięższą jaka kiedykolwiek wykonały pułki
zaamurskie. Podczas wojny światowej przybył na front, wraz ze swym pułkiem,
dopiero w kwietniu 1915 roku. W pierwszym boju, pod Horodenką, szwadron
Mościckiego wpadł w wąskiej dolince w krzyżowy ogień karabinów
maszynowych, wyrąbał obsługę, złożona z wirtemberczyków i Austrjaków,
i daleko ścigał uciekających niedobitków. Szarża kosztowała 50
procent strat w ludziach i koniach, przeciwnika odrzucono aż pod Gwoździec.
Za ten czyn bohaterski rotmistrz Mościcki został odznaczony najwyższym
rosyjskim orderem bojowym, oficerskim krzyżem Świętego Jerzego,
niezmiernie rzadko dawanym wogóle, a szczególnie Polakom.
W dalszym toku wojny rotmistrz Mościcki zdobył kolejno wszystkie
odznaczenia, dostępne dla oficera w jego stopniu oraz złotą szablę. Ta
ostatnia - za konną szarżę pod Neterpińcami w czerwcu 1916 roku, gdzie
zadano ciężkie straty drugiemu pułkowi strzelców cesarskich
austrjackich (Kaiser Jager). Szarżę tę wykonał rotmistrz Mościcki ze
szpicrutą w ręku, gdyż na samyn początku walki kula mu strzaskała rękojeść
szabli.
Wkrótce potem rotmistrz Mościcki został awansowany na podpułkownika i
objął w zastępstwie dowództwo 2-o zaamurskiego pułku, gdyż
dotychczasowy jego dowódca, pułkownik Karnicki, otrzymał brygadę.
Wczesną wiosną 1917 roku podpułkownik Mościcki otrzymał awans na pułkownika
i dowództwo 1-go zaamurskiego pułku.
W czasie dowodzenia tym pułkiem zaszedł wypadek doskonale charakteryzujący
pułkownika Mościckiego jako żołnierza, podkreślający całą jego
energję oraz wielką niezależność oczywiście w ramach dyscypliny
wojskowej.
W maju 1917 roku korpus kawalerji księcia Tumanowa, do którego należał
i 1-y zaamurski pułk, otrzymał rozkaz uśmierzenia buntu 2 pułków
piechoty, które zostały całkiem zbolszewizowane przez jednego z
najwybitniejszych agitatorów, kapitana Dziewałtowskiego, wypowiedziały
posłuszeństwo i, stawiły opór z bronią w ręku.
Książe Tumanow przywołał pułkownika Mościckiego, kazał mu spieszyć
pułk i szturmem zdobyć wieś, obsadzona przez zbuntowanych. Pułkownik
na to odpowiedział: "Mości Książę, pańska rzecz kazać mi zdobyć
wieś, ale jak ja to zrobię, to już moja rzecz". Pułku nie spieszył,
a szarżował wieś całym pułkiem w konnym szyku. Rezultat był piorunujący,
po krótkiej strzelaninie bez strat wieś została zdobyta, zbuntowani
rzucili broń.
Tyle wiedziano w pułku o nowym dowódcy, gdy przybył do Porohów, dalsze
jego dzieje wiążą, się już ściśle z dziejami pułku, a nawet więcej,
są ich duszą i to nietylko w okresie sławnych Krechowiec, nietylko do
chwili bohaterskiej śmierci pułkownika Mościckiego, lecz i potem, gdyż
choć pułkownik Mościcki padł wierny przysiędze wojskowej, spełniając
do ostatniej kropli krwi żołnierski obowiązek, lecz duch jego żyje w
pułku do dziś, żyje o nim pamięć i żyć będzie dopóki będą w
Polsce Krechowieccy ułani, dopóki nie znikną amarantowo - białe
proporczyki (l).
STAN PUŁKU W CHWILI OBJĘCIA DOWÓDZTWA PRZEZ PUŁKOWNIKA MOŚCICKIEGO
Pułk liczył 4 szwadrony, jednak 3-i posiadał koni zaledwie na pluton,
reszta jego stanowiła tak zwany pieszy oddział. Szwadronu karabinów
maszynowych nie było wcale. Pułkiem dowodził wciąż jeszcze czasowo
rotmistrz Waraksiewicz, gdyż pułkownik Obuch-Woszczatyński nie wrócił.
Pierwszym szwadronem - rotmistrz Dziewicki, drugim - rotmistrz Pajewski,
niedawno przybyły z pawłogradzkiego pułku huzarów, trzecim -kornet
Chrzęstowski, czwartym - rotmistrz Żółkiewski. Gospodarstwo pułku
prowadził rotmistrz Sobieszczański. Adjutantem był kornet Zdziechowski.
Młodszymi oficerami w szwadronach byli: w pierwszym - kornet Płużański,
kornet Racięcki, kornet Pogorski, kornet Ślizien, kornet
Ursyn-Niemcewicz i kornet Bem de Cosban; w drugia - korneci: Chmielewski,
Wysocki, Kentro, Mikke i Malikowski; w trzecim, korneci:
Rudnicki, Witold Święcicki, Chrzanowski, Lipski, Zaborowski i chorąży
Przewłocki; w czwartym -korneci: Zakrzewski, Łebkowski, Michał
Dziewanowski, Mazaraki i Pruszyński. Skarbnikiem był kornet
Jastrzebowski. Prócz tego byli w pułku: porucznik Władysław
Zboromirski z kijowskich huzarów i kornet Zygmunt Podhorski, świeżo
przybyły z pułku bugskich ułanów, obaj jeszcze do żadnego szwadronu
nie przydzieleni. Natomiast jeszcze w czerwcu opuścił pułk chorąży
Borakowski, przeniósł się on do piechoty polskiej.
Umundurowanie pułku pozostało bez zmian: polowa czapka i kurtka
rosyjska, szlify, jak przedtem, tylko bez, dawno już porzuconych,
monogramów "L.P.", spodnie granatowe z lampasami. Uzbrojenie
normalne rosyjskie: karabiny z bagnetami systemu Mossin, szable i lance.
Te ostatnie nie były jednak jednolite, cześć było niemieckich, część
- kozackich drewnianych, większość jednak zwykłych rosyjskich
stalowych. Karabinów maszynowych nie było wcale. Siodła i rzędy końskie
rosyjskie kawaleryjskie. Z taktem uzbrojeniem i w taktem umundurowaniu pułk
poszedł pod Krechowce.
Co do wewnętrznego ładu, to pułk ogromnie się różnił od pułków
rosyjskich, bardzo już zdemoralizowanych i przeważnie w stanie zupełnie
niezdatnym do jakiejkolwiek akcji. Co prawda pułki rosyjskiej jazdy były
nieco mniej zrewolucjonizowane od jednostek innych broni, lecz też nie
posiadały dostatecznie silnej dyscypliny. Na takiem tle świetnie odbijał
pułk polski, choć bardzo nieliczny, niepełne 500 szabel, choć
niekompletnie uzbrojony, ale zato świetnie zdyscyplinowany, stanowiący
jednolita bryłę, przepojony duchem zaczepnym i posiadający nadmiar
oficerów, i to ludzi walczących dla idei i gotowych na wszystko.
Zaraz po objęciu dowództwa pułkownik Mościcki zrobił przegląd pułku,
kolejno szwadronami, przemawiając krótko do ułanów. Tą pierwszą
przemową, żołnierską postawą i ta siła wewnętrzną, która biła od
niego, odrazu sobie ujął serca ułanów. Zaraz potem od 1-go, 2-go i
4-go szwadronu odebrał po jednym plutonie i uzupełnił 3-i szwadron, z
pozostałych ludzi tak zwany oddział karabinów maszynowych, coprawda
narazie karabinów tych nie było, ale była nadzieja, że się je kiedyś
otrzyma. Białe konie ze szwadronów zostały oddane plutonowi trębaczy,
który dotąd koni wogóle nie miał. Oddział ciężkich karabinów
maszynowych i trębacze zostali chwilowo przydzieleni do 3-go szwadronu.
Wreszcie podobierano konie w szwadronach podług maści: 1-y szwadron -
kasztany; 2-gi szwadron miał w 1-ym plutonie - karę, w 2-im gniade; 3-im
i 4-ym - siwe; 3-i szwadron - jasno gniade; 4-y szwadron - gniade.
Przeprowadził też pułkownik Mościcki jeszcze zmiany personalne:
pierwszym zastępcą dowódcy pułku został rotmistrz Waraksiewicz,
drugim zastępcą (podług ówczesnej organizacji rosyjskiej -
gospodarczym) rotmistrz Pajewski, adjutantem pozostał kornet
Zdziechowski, dowódca 2-go szwadronu - kornet Podhorski (po Krechowcach
mianowany porucznikiem), 3-go -podrotmistrz Sobieszczański, dowódca,
oddziału ciężkich karabinów maszynowych porucznik Zboromirski, dowódca,
oddziału łączności - kornet Bem de Cosban. Dawny dowódca 3-go
szwadronu, kornet Chrzęstowski został przeniesiony do 1-go szwadronu,
jako młodszy oficer. Poza tem obsada została bez zmian.
Jeszcze jedna zmianę przeprowadził pułkownik Mościcki rozkazów z dnia
następnego, Mianowicie młodsi oficerowie szwadronów nie mieli nadal być,
jak poprzednio, do dyspozycji dowódcy szwadronu bez przydziału
jakiegokolwiek plutonu, lecz mieli dostać dowództwo określonych plutonów
i ponosić za nie pełną odpowiedzialność, przyczep pułkownik Mościcki
stanowczo wymagał znajomości nietylko każdego ułana, lecz i każdego
konia. Wszystkie te zwiany zostały przeprowadzone w przeciągu trzech
dni. W każdem rozporządzeniu czuć było wielką energję i ogromna
pewność siebie. Tempo wewnętrznego życia pułku zostało odrazu gwałtownie
przyspieszone.
Jednocześnie powołano do życia klub oficerski, przyczem punktualne
przychodzenie na obiady i kolacje było obowiązkowe. To przymusowe ciągłe
spotykanie się oficerów, stale przestrzegane w pułku, niemało
przyczyniło się do zżycia korpusu oficerskiego i do zadzierzgnięcia między
poszczególnymi oficerami trwałych więzów koleżeństwa i przyjaźni.
Od pierwszego niemal wejrzenia potrafił pułkownik Nościcki opanować
wszystkich całkowicie. Wszyscy, i oficerowie i ułani, poczuli, że
takiego właśnie dowódcy potrzebował pułk, że jest to właśnie ten
człowiek, który pułk dalej po trudnej drodze żołnierskiej prowadzić
powinien.
W tym czasie dwa tylko szwadrony pełniły służbę bojową. Pierwszy
został wysłany w góry, jako czata oraz dla patrolowania, drugi wystawiał
pocztę polowa między pułkiem a sztabem II korpusu jazdy w Bitkowie i
dalej aż do Zielonej. Późnym wieczorem, dnia 21 lipca, otrzymano nagle
rozkaz pospiesznego wymarszu. Najbliższa przyszłość miała przynieść
"Stanisławów", miała przynieść "Krechowce".
OBRONA STANISŁAWOWA
Załamana się ofensywa Kiereńskiego. Oddziały wojsk rosyjskich cofały
się w nieładzie, grabiąc i paląc po drodze. Oficerowie nie panowali już
nad swymi ludźmi. W niektórych oddziałach już ich pomordowano. Armja
zmieniała się w rozbestwioną tłuszczę, żadną krwi, rabunku i jak
najszybszej ucieczki przed wrogiem. Liczne już padły ofiary
rozbestwionego żołdactwa rosyjskiego. Spłonął doszczętnie
rozgrabiony Kałusz.
21 lipca fale uciekinierów zalały i Stanisławów, należeli oni przeważnie
do 11-ej dywizji piechoty lub do 2-go konnego agestańskiego pułku. Tegoż
dnia wieczorem wyruszył pułk z Porohów w stronę Stanisławowa. Pułk
szedł w nocy, w kolumnie po jednemu, przeciskając się z trudem wśród
cofających się taborów, oddziałów wojskowych i luźnych band zbiegów.
Noc była ciemna, mżył deszcz. Na zachodzie widać było liczne łuny pożarów,
świadczące wymownie o odwrocie rewolucyjnej armji.
Około godziny 7 rano pułk doszedł przez Dohomirczany do wsi Krechowce.
Po drodze zebrał porozstawiane poprzednio posterunki poczty polowej. W
Krechowcach rozsiodłano konie i wzięto się do gotowania jedzenia. Po
obiedzie pułk miał wyruszyć dalej, na północ od Stanisławowa i tam,
w składzie II korpusu jazdy, zamknął jakąś lukę we froncie.
Forsowny marsz nocny odbił się jednak w sposób ujemny na koniach pułku.
Były one dotąd kute tylko na przód. Podczas przemarszu po szosach pościerały
sobie silnie tylnie kopyta i stąpały bardzo niepewnie. Trzeba je było
okuć jaknajprędzej. Nie było to jednak łatwe, gdyż pułk jeszcze nie
posiadał dobrze zorganizowanych kuźni polowych. Trzeba więc było znaleźć
odpowiednia ilość kowali miejscowych i przy ich pomocy przekuwać konie.
Stad dłuższa zwłoka.
Pułkownik tymczasem, ze swym adjutantem, Zdziechowskim, i chorążym
Bemem de Cosban, pojechał konno do Stanisławowa, żeby się poinformować
o sytuacji i otrzymać rozkazy. Nie upłynęło 2 godziny od jego wyjazdu,
gdy do Krechowiec wpadł cwałem konny goniec z rozkazem, żeby pułk
natychmiast przybył do Stanisławowa. Nie zdążono jeszcze zjeść
obiadu, o odpoczynku po całonocnym marszu nie było mowy. Szwadrony
posiodłały konie i pułk ruszył.
Stnisławów się palił, było to zupełnie widoczne już z Krechowiec. Tłuszcza
rosyjska grabiła miasto, paląc i mordując, gwałcąc kobiety. Po drodze
spotkano chorążego Bema, który jechał ze Stanisławowa na spotkanie pułku,
od niego też otrzymano wiadomość o tem, co się stało.
Gdy pułkownik Mościcki z towarzyszącymi mu oficerami i luzakami wjechał
do miasta, odrazu natknął się na dzikie sceny grabieży i gwałtu. Dowództwo
11-ej dywizji nie było już w możności utrzymać swych ludzi. Pułkownik
rzucił się osobiście bronić mieszkańców. Zarąbał szablą jakiegoś
żołnierza, który zdzierał pierścionki przechodzącej kobiecie, jeden
z towarzyszących mu oficerów zastrzelił innego, napastującego mała
dziewczynkę. Widząc to, mieszkańcy zaczęli błagać pułkownika o
pomoc, zwrócił się też do niego o pomoc burmistrz Stanisławowa, pan
Antoni Stygar.
Pułkownik, widząc niemoc władz rosyjskich, postanowił na własną rękę
bronić miasta i zwrócił się o pozwolenie do znajdującego się na
miejscu dowódcy korpusu, generała Wrangla. Zadanie to poparł
energicznie dowódca brygady, do której pułk należał wraz z 1-ym i
2-gim zaamurskim pułkiem, generał Karnicki. Generał Wrangiel się nie
sprzeciwiał. Pułk został wezwany i kłusem poszedł do Stanisławowa.
Przed samem miastem spotkał go pułkownik i na jego czele ruszył ku
rynkowi. Ze wszystkich stron słychać było krzyki, wołanie o pomoc,
lamenty, dzikie wrzaski pijanego żołdactwa. Niektóre domy paliły się.
Wszystko było okryte kłębami dymu. Trzeba było niektóre odcinki ulic
omijać, bo z powodu wielkiego gorąca od płonących domów przejechać
nie było można. Co chwila jakiś dom zapadał się z trzaskiem.
Ulice były przepełnione żołnierzami z rożnych oddziałów. Przeważnie
pijani, poprzebierani dziwacznie w rozmaite nagrabione szmaty, dźwigali
moc rozmaitych przedmiotów, przeważnie zresztą dla nich zupełnie bezużytecznych.
Od czasu do czasu padały strzały, niewiadome przez kogo, i do kogo
oddane. Był to obraz zupełnej anarchji, najdzikszego rozbestwienia.
Widzieli ułani to wszystko, słyszeli jęki i lamenty mordowanych i
straszny gniew i dzika żądza zemsty zawrzała w ich piersiach, lecz żaden
rozkaz jeszcze nie padł, szli więc karnie za swym dowódcą.
Dziwny obraz przedstawiało wejście ułanów na rynek. Przez morze
chaosu, rabunków i gwałtów szedł pułk w wzorowym porządku, spokojny
i karny, szedł jak na paradę. Spoglądali ułani na tych moskali, z którymi
mieli zaraz stoczyć śmiertelną walkę po raz pierwszy, lecz czuli to
dobrze - nie po raz ostatni.
Na rynku znów zaczęto błagać pułkownika o ratunek.
Zagrzmiał sygnał, wzywający dowódców szwadronów. Pułkownik wydał
rozkaz. Miasto zostało podzielone na rejony, rozchodzące się
wachlarzowato od rynku. Każdy szwadron otrzymał rejon do oczyszczenia.
Pułk się spieszył, konie umieszczono w podwórzach, zostawiając przy
nich tylko koniowodnych, oraz patrole, które miały chodzić w stronę
Niemców, gdyż o ich bliskości też trzeba było pamiętać. Szwadrony
przystąpiły do systematycznego oczyszczenia miasta, ulica za ulicą i
dom za domem.
Żołnierze rosyjscy próbowali stawić gdzieniegdzie opór, lecz zajęci
grabieżą, rozproszeni po domach, nie mogli skutecznie się bronić. Próby
oporu załamały się natychmiast. Zresztą bronić się było niełatwo.
Ułani, rozwścieczeni tem, co widzieli w mieście, licznemi zbrodniami żołdactwa
moskiewskiego, które własnemi oczami mogli skonstatować, dali upust
swej złości. Pułkownik narazie nie pozwolił' strzelać, ginęli więc
Rosjanie pod bagnetami, niemało zginęło w płomieniach podpalonych
przez nich domów. Śmierć za zabójstwo, śmierć za gwałt, śmierć za
grabież, śmierć za podpalenia.
Ludność miasta, widząc co się dzieje, zbiegła się ze wszystkich
stron, prosząc o pomoc i wskazując ułanom, gdzie się znajdują
poszczególne bandy moskiewskie, lub nawet poszczególni grabieżcy. Praca
trwała cały dzień. Praca ciężka, bo nie tylko trzeba było bronić
mieszkańców i wyszukiwać poszczególnych maruderów, lecz poza tem zająć
się zlokalizowaniem pożaru, który wciąż się szerzył i objął już
taki obszar, że o zupełnym ugaszeniu nie mogło być nawet mowy. Była
to syzyfowa praca, bo zaledwie jakąś partję maruderów zlikwidowano,
przybywała z frontu nowa i trzeba było na nowo zaczynać. Lecz ułanów
opanował jakiś szał wściekłości, pracowali, zlani potem, umazani we
krwi, okryci kurzem i popiołem, nie ustawali ani na chwilę. Stały, choć
rzadki ogień artylerji niemieckiej, jeszcze zwiększał zamieszanie.
Całą akcją kierował pułkownik Mościcki, umieściwszy się w hotelu
na rynku. W przeciągu paru godzin imię jego stało się popularnem w całem
mieście, nie było chyba ani jednego człowieka, któryby go nie znał i
za ratunek nie błogosławił. Wśród moskali nabrali też ułani złowrogiej
reputacji. Szeroko w wojsku rozeszła się wiadomość, ze polscy ułani
biją "uświadomionych obywateli", zabawiających się grabieżą,
i zabójstwami, że się przeciwstawiają tego rodzaju rewolucyjnej działalności
i biją dobrze. Pułk zasłynął jako kontrrewolucyjny.
Pod wieczór ostatecznie opanowano sytuację. Zapanował względny spokój.
Maruderzy zniknęli. Pułk podług otrzymanego rozkazu miał wieczorem
odejść. Niespokojna jednak o swoje dalsze losy ludność miejscowa prosiła
o pozostawienie go jeszcze na jakiś czas. Prosił również o to obecny w
Stanisławowie dowódca 11-ej dywizji. Poparł obie prośby generał
Karnicki. Pułk został.
Zapadła noc, lecz o spoczynku nie można było jeszcze myśleć.
Nadchodziły nowe oddziały rosyjskie, artylerja, tabory, kolumny
samochodowe. Każdy próbował grabić, każdego trzeba było wypędzać.
Nadszedł też prawie w całości jakiś kaukaski pułk, który podobno
chciał się zemście na ułanach za paru swych towarzyszy, przyłapanych
na gorącym uczynku i natychmiast ukaranych. Lecz zemsta się nie udała.
Próby napadów na pojedynczych ułanów lub na drobne patrole zostały
natychmiast odparte. Ułani literalnie się troili, byli wszędzie, wszędzie
zdążyli na czas.
Dowódcy szwadronów mieli stale przygotowane swoje odwody lokalne, a dzięki
doskonale zorganizowanej łączności, oraz wydatnej pomocy ludności
miejscowej, która pełniła funkcje informatorów i gońców, odwody te
zdążyły zawsze na czas, by każdy napad odeprzeć, każdą nową próbę
wznowienia pogromu i rzezi - udaremnić. Praca trwała dalej, a krwawe jej
ślady zacierały płomienie pożarów i gruzy spalonych domów.
Kilkakrotnie tej nocy większe napady maruderów zaalarmowały cały pułk.
Tymczasem wojska rosyjskie przerwały chwilowo swój odwrót. 11-a
dywizja, cofająca się na Stanisławów, zatrzymała się na zachodnim
brzegu Bystrzycy Solotwinskiej z rozkazem bronienia się tutaj.
Pozostawiony w Stanisławowie pułk polskich ułanów jej właśnie został
podporządkowany, miał stanowić jej kawalerję dywizyjną, i w razie jej
dalszego odwrotu odwrót ten osłonić i ostatecznie wyjść ze Stanisławowa.
Ranek dnia 23 lipca zastał cały pułk na ulicach miasta, pełnił on
nadal służbę bezpieczeństwa. Było już jednak spokojniej. Jednocześnie
trzeba było pełnić służbę patroli na korzyść 11-ej dywizji.
Znamiennem zrządzeniem losu pułk jednocześnie walczył przeciw obydwom
wrogom Polski - Rosjanom i Niemcom. Musiał przeciw oddziałom 11-ej
dywizji walczyć i patrolami swemi jej pomagać. Sztab dywizji zażądał
oficera łącznikowego. Wysłano korneta Kentro, który dopiero tej nocy
dopędził pułk z dalszemi posterunkami dawnej poczty polowej. Ogień
artylerji niemieckiej wzmógł się znacznie.
Cały dzień upłynął w ciężkiej pracy - patrolowanie na przedpolu
11-ej dywizji, pilnowanie i bronienie miasta od maruderów, oraz
doprowadzenie szwadronów do porządku, kucie koni i tak dalej. Ludność
miasta ogromnie serdecznie się zajęta ułanami, biorąc na siebie całą
ich aprowizacje, wyszukując kowali, pomagając wszelkimi siłami. Wolnych
od służby ułanów poprostu sobie wyrywano. Ogromnie energiczną działaność
rozwinął zwłaszcza burmistrz, pan Antoni Stygar, który osobiście był
wszędzie, o wszystkiem pamiętał, każdemu pomagał. Oddał on ogromne
usługi, zarówno miastu jak i pułkowi. Zadzieżgnął się wówczas
mocny węzeł przyjaźni, nieprędko zapomni Stanisławów o
krechowieckich ułanach, ale i ułani Stanisławowa nie zapomną.
Noc z 23 na 24 lipca tez nie miała przynieść spoczynku. Bandy maruderów
nie śmiały już wpadać do miasta, wiedząc jaki los ich czeka, rzuciły
się więc do grabienia własnych składów wojskowych. Przybyła tych
maruderów ilość duża. Zaalarmowano pułk, który musiał wysłać
silne podjazdy dla ratowania składów. Podjazdy te wzmocniono jeszcze
dwoma rosyjskiemi samochodami pancernymi.
Jeden z podjazdów, pod rozkazami podporucznika Podhorskiego udał się na
dworzec kolejowy, gdzie płonęły jakieś budynki. Bez trudu rozpędzono
grabiąca tam bandę maruderów, lecz akcja ta wywołała niespodziany
silny ogień broni samoczynnej oraz ręcznej z pociągu pancernego, który
się za maruderami ujął. Pomimo tego energiczne działania podjazdu
przywróciły porządek.
KRECHOWCE
(Szkice 5, 6, 7)
Nadszedł dzień 24 lipca, dzień, który się miał zapisać krwawemi zgłoskami
w dziejach pułku, dzień, który miał mu dać wielka sławę. W dniu tym
ułani mieli już nietylko bronić bezbronnej ludności od swych
sprzymierzeńców -niestety zbójów, ale mieli stoczyć śmiertelna walkę
w obronie tychże sprzymierzeńców, mieli iść na śmierć pewną - nie
w nadzieji zwycięstwa, nie w interesie własnym, ale dla ratowania honoru
żołnierskiego, dla zadokumentowania, że żołnierz polski sprzymierzeńców
nie zdradza, choć sprzymierzeniec ten stał się niegodnym, dla
zaznaczenia, że potęgi niemieckiej nie uląkł się i teraz, gdy trzeba
walczyć z nim samemu bez pomocy rozpadającej się armji rosyjskiej; szli
na śmierć dla większej sławy polskiego imienia, szli wierni hasłu,
pod którem pułk się sformował - hasłu walki z Niemcami, jako
najgorszym wrogiem Polski.
Od rana już było wiadomo, że Rosjanie będą cofać się dalej. 11-a
dywizja zajmowała pozycję, przechodzącą przez wschodnią część wsi
Jamnica, przez Uhryn Dolny, na zachód od Pasiecznej, przez zachodni skraj
wsi Zagwóźdź. Pozycja nie dochodziła do wsi Pacyków. Dalej na południe
pozycja ta miała być przedłużona przez 19-ą dywizję, która jednak
nawet jej nie obsadziła,uciekła poprostu po zbliżeniu się zaledwie do
wsi Drohomirczany. Groziło więc 11-ej dywizji oskrzydlenie od południowego
zachodu tem groźniejsze, że i ona się już niezbyt mocno trzymała, a
poza tem miała za sobą rzekę i przez nią jeden tylko most drogowy i
jeden tor kolejowy; ten ostatni był jednak nie do użycia, trzeba więc
było całą dywizje w odwrocie przeprowadzić przez jeden jedyny most.
Zupełnie jasnym było, że pułk będzie musiał odwrót ten osłaniać.
Ranek upłynął względnie spokojnie. Pułk był zajęty kuciem koni,
kucie to zresztą odbywało się pod ogniem artylerji niemieckiej, który
tymczasem osiągnął już poważne napięcie. Maruderzy rosyjscy gdzieś
zniknęli.
Przed południem przybył do pułkownika Mościckiego burmistrz Stygar w
towarzystwie kilku radców miejskich z prośba, żeby po odwrocie Rosjan
pułk pozostał w Stanisławowie, porzucając służbę w wojsku
rosyjskim. Proponował, ze porozumie się w tej sprawie z dowództwem
niemiecko-austrjackim, że zagwarantowany będzie powrót spokojny do domów.
Pułkownik Mościcki odmówił kategorycznie. Powiedział, że bronił
miasta od maruderów, bo takim był jego obowiązek jako Polaka i człowieka,
że jednak będzie walczył dalej przeciw wrogowi, przeciw któremu broń
podniósł, bo tak mu nakazuje honor żołnierza.
Koło południa zostali wezwani do pułkownika Mościckiego oficerowie
sztabowi pułku i dowódcy szwadronów. Pułkownik odczytał im projekt
listu do narodu polskiego na ręce Rady Stanu za pośrednictwem burmistrza
miasta Stanisławowa. Projekt ten był podyktowany przez pułkownika Mościckiego
i zapisany w książce meldunkowej przez adjutanta.
Pułkownik Mośicki odczytał treść listu zebranym oficerom i gdy oni
dali swa aprobatę, kazał list później przepisać i wysłać. Miał on
być doręczony burmistrzowi, panu A. Stygarowi, z prośbą o przesłanie
go adresatom po odejściu Rosjan.
Bój pod Krechowcami, najważniejszy w dziejach pułku, który imię ich
nosi, wymaga oczywiście specjalnie dokładnego zbadania. Niestety,
dokumentów pisanych posiadamy mało. Wszystkie wydane rozkazy były
ustne, jak to zwykle w kawalerji, meldunki bądź były ustne, bądź też
zostały zagubione. Istnieje natomiast poświadczona kopja opisu bitwy,
wysłanego tutyłem sprawozdania przez pułkownika Mościckiego do dowódcy
II korpusu kawalerji. Opis ten jest bardzo krótki i pomija wszelkie
szczegóły, które możemy uzupełnić tylko, opierając się na
relacjach uczestników bitwy, głównie pułkownika Dziewickiego (wówczas
rotmistrza i dowódcy 1-go szwadronu), oraz pułkownika Podhorskiego (wówczas
podporucznika i dowódcy 2-go szwadronu).
Bój pod Krechowcami był walką opóźniającą, wykonaną, w sposób
niezwykły, gdyż głównie przy pomocy szarż konnych. Ze względów
terenowych oraz wskutek kierunków natarć przeciwnika rozpada się on na
dwa niemal jednoczesne działania. Wytwarzają się dwie grupy: jedna ze
szwadronów 2-go, 3-go i karabinów maszynowych, druga z 1-go i 4-go
szwadronów. Jedność akcji utrzymuje się dzięki temu, że pułkownik
Mościcki ani na chwilę kierownictwa ze swych rak nie wypuszcza, jest
stale tam, gdzie w danej chwili położenie staje się groźnem i jednym
rozkazem umie niebezpieczeństwo zażegnać.
Warunki, w których bitwa została stoczona i sam jej przebieg
przedstawiają się następująco: Położenie ogólne. Pułk stanowi
chwilowo kawalerję dywizyjną 11-ej dywizji piechoty. Dywizja obsadza
front Jamnica-Uhrynów Dolny-Pasieczna-Zagwóźdź, na zachodnim brzegu
Bystrzycy Sołotwińskiej, Dalej na południe front jej ma być przedłużony
przez 19-ą dywizję piechoty. Wojska rosyjskie są w odwrocie, przewiduje
się odwrót i 11-ej dywizji. Pułk stoi w Stanisławowie. Zadaniem jego będzie
osłonić odwrót piechoty. Przed godziną 14 dowódca pułku wydał
rozkazy: o godzinie 16 minut 30 szwadron 2-gi zluzuje przy mostach na
Bystrzycy na zachód od Stanisławowa, pluton 4-go szwadronu, który już
tam stał pod dowództwem korneta Łebkowskiego; o 14 godzinie 4-y
szwadron pójdzie jako podjazd w stronę Krechowiec, z zadaniem
obserwowania odwrotu piechoty sąsiedniej dywizji i w razie potrzeby osłonięcia
lewego skrzydła 11-ej dywizji. O godzinie 14-tej osiodłano konie. Zanim
przystąpiono do wykonania rozkazów, położenie się zmieniło. 19-ta
dywizja pierzchła, odsłaniając skrzydło 11-ej dywizji. Ta ostatnia
musiała się też pośpiesznie cofać i przechodząc dwukrotnie przez
ciasniny: mosty przez Bystrzycę Sołotwińską na zachód od Stanisławowa
i Bystrzycę Nadwórniańską wschód od miasta. Dywizji groziło poważne
niebezpieczeństwo, że Niemcy przejdą przez opuszczony odcinek 19-ej
dywizji, zajmą bądź miasto, bądź tylko przeprawy na tyłach dywizji,
byłaby to dla niej zupełna zguba.
Zadanie. - Przed godziną 15 dowódca 11-ej dywizji, generał Sytin, daje
pułkowi zadanie wyjść na południe od miasta i bronić dostępu doń
tak długo, aż dywizja przejdzie przez oba mosty na obu rzekach. Generał
zdaje sobie sprawę, że daje zadanie niewykonalne, prosi więc już (a
nie rozkazuje), dowódcę pułku, żeby się utrzymał choć godzinę. Cała
dywizja przez ten czas nie wyjdzie, ale przynajmniej może uda się wywieźć
artylerję i wycofać choć niektóre oddziały.
Teren. - Pułk działać będzie w pasie ograniczonym obydwiema
Bystrzycami. Pas ten przecinają wzdłuż trzy drogi: Stanisławów
-Krechowce - Łysieć, Stanisławów - Radcza i Stanisławów -
Opryczowce. Z obu rzek, stanowiących granicę odcinka, zachodnia ma
wysokie, urwiste brzegi, wschodnia płynie przez rozległe mokre łąki. Główne
objekty na przedpolu stanowi wieś Krechowce, bardzo długa i wąska ciągnąca
się wzdłuż szosy, oraz uroczysko Dąbrowa. Od Krechowiec do Stanisławowa
ciągną się pojedyncze zabudowania i ogrody przegrodzone drutami
kolczastymi. Bezpośrednio na wschód od Krechowiec znajdowały się wówczas
dawne okopy, pozostaje po jakichś dawniejszych walkach i jeszcze
odrutowane. Pola, zarośnięte częściowo kukurydzą, oraz małe
wzniesienie terenu między Krechowcami a Dąbrową rozdzielały cały
odcinek pułku na dwa izolowane dla wzroku pododcinki. Rozporzadzalne siły.
- Pułk nie liczył pełnych 400 szabel. Szwadrony miały po 4 plutony po
9 rot, to jest po siedemdziesięciu kilku ludzi. Oddział, zwany oddziałem
karabinów maszynowych, był tylko zwykłym plutonem kawalerji,
przydzielonym do 3-go szwadronu; karabinów maszynowych nie było wcale.
Zamiar dowódcy pułku. - Opóźniać nieprzyjaciela na południe od
Stanisławowa. Nie mogąc wykonać działania opóźniającego w sposób
normalny, przez obsadzenie kolejnych linji oporu i działanie ogniem, na
co nie pozwalał zupełny brak broni samoczynnej oraz zbyt mała głębokość
odcinka - postanowił działać kolejnemi szarżami w konnym szyku.
Decyzja niezwykle śmiała, lecz, jak się okazało, bardzo słuszna.
Wydane rozkazy. - 4-y szwadron, który poprzednio poszedł na podjazd, ma
iść w kierunku na Dąbrowę i bronić drogi Radcza-Stanisławów.
Pierwszym wyrusza 2-gi szwadron i uderzy na Krechowce wzdłuż szosy,
opierając się o nią prawem swem skrzydłem. 3-ci szwadron i oddział
karabinów maszynowych pójdą schodem w prawo w tyle za drugim. 1-y
szwadron pozostaje narazie w odwodzie dowódcy pułku na południowym
skraju Stanisławowa, (sztandar przy nim). Wkrótce zresztą został on
zaangażowany na lewem skrzydle 4-go szwadronu.
Przebieg boju. - Patrol 4-go szwadronu, wysłany pod dowództwo korneta
Bema do Krechowiec, powrócił ze strata dwóch ułanów i zameldował, że
wieś jest już obsadzona przez Niemców. 2-gi szwadron wyruszył kłusem
w stronę Krechowiec, wysyłając II pluton z kornetem Chmielewskim między
szosę na Krechowce, a brzegiem Bystrzycy. Pluton odszedł galopem. W
szwadronie, oprócz dowódcy, był jeszcze tylko jeden oficer, kornet
Wysocki, gdyż kornet Kontro był wysłany jako oficer łącznikowy do
sztabu dywizji, a kornet Mikke był dnia tego inspekcyjnym, czyli, jak wówczas
mówiono "dyżurnym" oficerem pułku. Widząc zresztą atakujący
swój szwadron, dołączył do niego samowolnie, bez pozwolenia dowódcy
pułku. Zaraz po wyjściu z miasta szwadron otrzymał silny ogień
artylerji. Kornet Podhorski ukrył ułanów w małym zagłębieniu terenu,
a sam wyjechał na wzgórze, żeby rozejrzeć się w położeniu. Został
on jednak natychmiast ostrzelany z karabinów maszynowych.
Przed szwadronem rozciągało się duże ściernisko, za nim niewielka
łączka, dalej wzniesienie terenu, znów jakaś wklęsłość, której
dna nie było widać, jeszcze większe wzniesienie terenu, ciągnące się
do samych Krechowiec. Nieprzyjaciela nie było widać zupełnie, pomimo
silnego ognia. Daleko na południowo-wschód za Dąbrowa widać było nasz
4-ty szwadron, który doszedł już do nakazanego miejsca. Dowódca
szwadronu postanowił czekać na powrót korneta Chmielewskiego, który
zresztą wrócił wkrótce, meldując, że został gwałtownie ostrzelany
z zabudowań, położonych na północ od Krechowiec, i stracił jednego
konia.
W tym czasie przygalopował do szwadronu pułkownik Mościcki i kazał
atakować natychmiast w kierunku na Krechowce, idąc wschodnią stroną
szosy; jednocześnie pluton korneta Chmielewskiego miał się starać
dostać do wsi zachodnią, stroną.
Szwadron, rozwinięty w linję harcowników i poprzedzany przez szperaczy,
ruszył naprzód krótkim galopem, wyrównany jak na ćwiczeniach.
Jednocześnie szosą zaczął się posuwać rosyjski samochód pancerny,
wysłany dla wsparcia pułku.
Szwadron doszedł do wspomnianej wyżej łączki, która się okazała
zabagniona, trzeba więc było pod ogniem zebrać ułanów, przeprowadzić
przez jedyne istniejące przejście i na nowo szwadron rozwinąć. Manewr
ten udał się doskonale. Ogień nieprzyjaciela osłabł, gdyż został
przeniesiony na idący w tyle 3-ci szwadron, oraz na 1-y szwadron, który
w tym czasie ukazał się na skraju miasta. 2-gi szwadron ruszył dalej,
zwiększając tempo, szedł już polowym szerokim galopem. Doszedł do
drugiego wgłębienia i ujrzał przed sobą okopy i dwa rzędy drutów.
Chwila była krytyczna. Trzeba było jakoś przez druty przejść. Na szczęście
znaleziono wąskie przejście. Szwadron zwinął się ponownie, przeszedł
przez druty i za niemi rozwinął się znowu. Do tej chwili obserwował
jego ruchy dowódca pułku, teraz będąc już pewny, że szwadron do celu
dojdzie, rzucił do ataku, idący dotąd w tyle 3-i szwadron. Miał on też
uderzyć na Krechowce, lecz zachodnią stroną szosy. 2-i szwadron
tymczasem wysuwał się na ostatnie wzgórze, dzielące go od Krechowiec,
lecz zaledwie ukazali się na nim czołowi bankierzy, zostali natychmiast
zaskoczeni gwałtownym ogniem, padli wraz z końmi. Szwadron w tym czasie
był już na wysokości zabudowań, ciągnących się wzdłuż szosy na północ
od Krechowiec. Wszystkie zabudowania były obsadzone przez Niemców. W
chwili gdy się szwadron ukazał na wzgórzu, za drutami rozpoczęto ogień
8 wrogich karabinów maszynowych.
Iść dalej przez wzgórze, na które był skierowany ogień
nieprzyjaciela, nie było możności. Dowódca szwadronu postanowił
przesunąć cały szwadron na prawo, to jest na zachód, wykonywując ten
ruch pod osłona grzbietu wzgórza. Na znak dowódcy ułani wykonali
indywidualnie w prawo zwrot i ruszyli galopem w nowym kierunku. Szwadron
przesunął się o tyle, że prawe jego skrzydło doszło aż do brzegu
Bystrzycy, i w ten sposób wszedł w pas działania 3-go szwadronu. Połączył
się też tutaj z plutonem korneta Chmielewskiego. Przesunięcie nie obeszło
się bez strat. Padło kilku ułanów i kilka koni. Najgorsze było przejście
przez silnie ostrzeliwaną szosę. Padł tu wraz z koniem kornet Mikke.
Ranny jeździec stracił przytomność i został wzięty do niewoli.
Bardzo dopomógł przy przejściu przez szosę samochód pancerny, który
ściągnął na siebie znaczna cześć ognia, poza tem zagrodził drogę
niemieckiemu samochodowi pancernemu.
Teraz, gdy szwadron doszedł aż do brzegu Bystrzycy, a lewe jego skrzydło
oparło się o szosę, zmienił ponownie front i rozpoczął właściwe
natarcie na wieś. Został jednak wzmocniony przez 3-i szwadron i oddział
karabinów maszynowych, które się do niego dołączyły. Walka była ciężka,
bo trzeba było zdobywać poszczególne zabudowania, obsadzone przez Niemców
- piechotą bawarską. Walka rozpadła się na cały szereg epizodów
-zdobywanie różnych zabudowań, bądź przez oddzielne plutony, bądź
przez wypadkowo wytworzone grupy ułanów. Na czele swego plutonu zdobył
wówczas kornet Ludomir Wysocki, młodszy oficer 2-go szwadronu, działajacy
karabin maszynowy, jedyny zdobyty w tym dniu.
Tracąc znów kilku ułanów i kilka koni, szwadrony wraz z samochodem
pancernym dotarły do środka wsi. Widząc poważne straty i wciąż
przybywające siły przeciwnika, dowódcy szwadronów postanowili się
cofnąć rzutami po jednym szwadronie, osłaniając się wzajemnie. 2-i
szwadron cofał się bliżej Bystrzycy, 3-i -bliżej szosy. Odwrót został
dokonany pod silnym ogniem artylerji, skierowanym głównie na 3-i
szwadron, lecz całkiem bez ognia maszynowego. Widocznie Niemcy też się
cofnęli i porządkowali swoje oddziały.
Szwadrony cofnęły się aż pod cegielnię, stojącą prawie na skraju
Stanisławowa i zsiadły z koni, przyczem 3-i szwadron wysunął ku
nieprzyjacielowi tyraljerę. Była już godzina 19. Kornet Wysocki zosta?
wysłany od dowódcy pułku z meldunkiem i po rozkazy. Wrócił niebawem
wraz z adjutantem pułkownika Mościckiego. Przywieźli rozkaz, żeby
natychmiast wysłać 8 patroli po kilku ludzi w stronę Krechowiec, w celu
przekonania się, co robi nieprzyjaciel. Patrole te miały również
atakować spotkane patrole nieprzyjaciela. Posuwanie się ku Krechowcom całej
tej serji patroli miało symulować ponowny atak. Całością tej akcji
kierował porucznik Zboromirski. Ranny w ramię, nie zsiadł z konia i nie
cofnął się. Wkrótce patrole trafiły pod silny ogień, porucznik
Zboromirski został ranny ponownie w pachwinę. Przejechał jeszcze
kilkaset metrów i zwalił się z konia. Z wielkim trudem udało się ułanom
wynieść go pod silnym ogniem na wprędce odtroczonym płaszczu. Akcję
ratowniczą zorganizował i wykonał kapral 2-go szwadronu, Włodzimierz
Szyld. Porucznik Zboromirski umarł w szpitalu w Żmerynce dnia 2 sierpnia
wskutek otrzymanych ran. Około godziny 20 wróciły patrole ze znacznemi
stratami i zameldowały, że nieprzyjaciel się wzmógł i silnie obsadził
pozycje na północ od Krechowiec.
Już po godzinie 20 zjawił się bataljon rosyjskiego 41-go pułku
piechoty z karabinami maszynowemi, z zadaniem osłony południowego skraju
miasta i stanął w tem samem miejscu, gdzie poprzednio stał 1-y
szwadron, gdy jeszcze był w odwodzie pułku. Wkrótce też nadjechał
kornet Łebkowski, który, zgodnie z otrzymanym rozkazem, stał przy
mostach na Bystrzycy na zachód od Stanisławowa, przepuścił cofającą,
się piechotę rosyjska, a potem pomimo bardzo silnego ognia już przed
samym nosem nieprzyjaciela mosty wysadził. Jednocześnie z powyższemi
działaniami 2-go i 3-go szwadronu na lewem skrzydle rozwinęła się równoległa
akcja 4-go i później 1-go szwadronu.
4-y szwadron, który wyruszył najwcześniej ze wszystkich i miał jako
podjazd posuwać się na południe, przechodząc na wschód od Krechowiec,
natknął się za uroczyskiem Dąbrowa na jazdę nieprzyjacielska, w sile
około dwóch szwadronów, zapewne kawalerję dywizyjną jednej lub dwóch
działających tu dywizyj piechoty. Dowódca szwadronu, rotmistrz Żółkiewski,
bez namysłu poprowadził szwadron do szarży. Niemcy jej nie przyjęli i
wycofali się galopem. Ścigający ich 4-y szwadron wpadł niebawem pod
silny ogień piechoty z lasu, położonego na wschód od wsi Drohomirczany
i z rowów strzeleckich, cofnął się więc z zamiarem bronienia
uroczyska Dąbrowy.
Nieprzyjacielska piechota rozpoczęła wówczas natarcie w kierunku północnym,
starając się przejść między wsiami Opryczkowce i Krechowce. Widząc
to, dowódca pułku wysłał na pomoc 4-u szwadronowi ostatni swój odwód
- 1-y szwadron.
Przy 1-ym szwadronie znajdował się sztandar pułku. Dowódca szwadronu
oddał go pod opiekę korneta Chrząstowskiego, dając mu jako eskortę
sekcję ułanów i nakazując, zęby pozostał w tyle, nie biorąc udziału
w walce, ale utrzymując ze szwadronem łączność wzrokową. Szwadron
posunął się naprzód w szyku luźnym, mające o 200 kroków za sobą
1/2 plutonu jako odwód własny. Szedł narazić tylko pod ogniem
artylerji. Romistrz Dziewicki, chcąc się upewnić, że mu nic nie grozi
od wschodu, wysłał patrol w sile 5 ludzi z kornetem Ursyn-Niemcewiczem
do wsi Opryczkowce. Przy dowódcy szwadronu jechał cały czas zastępca
dowódcy pułku, rotmistrz Waraksiewicz.
Po dojściu na wysokość 4-go szwadronu rotmistrz Dziewicki zobaczył, ze
ten ostatni rusza znów naprzód, więc ruszył obok niego galopem, przedłużając
jego front ku wschodowi. Po przebyciu kilkuset kroków oba szwadrony wpadły
pod silny ogień karabinów maszynowych. Narazie z 1-go szwadronu nie było
wcale widać nieprzyjaciela, zakrywało go wysokie zboże. Wkrótce ukazał
się jednak, była to piechota austrjacka - Bośniacy. Oba szwadrony już
dojeżdżały do piechoty, gdy ona zaczęła uciekać. Było jednak zapóźno,
ułani wpadli między uciekających piechurów, rąbiąc i kłując. Nie
ścigano ich jednak daleko, oba szwadrony wróciły do Dąbrowy, 1-y nawet
dla uporządkowania cofnął się za nią, i tam znów został ostrzelany
przez jakąś jednostkę piechoty rosyjskiej, znajdującej się na skraju
Stanisławowa (bataljon 41 pułku piechoty), która wzięła go za
nieprzyjaciela. Tymczasem wrócił patrol korneta Niemcewicza i zameldował,
że we wsi Opryczkowce są kozacy terscy, około sotni, ale ze bić się
nie chcą i odchodzą za Stanisławów, korzyść wiec z tej wypadkowej osłony
skrzydła była właściwie żadna. 1-y szwadron po uporządkowaniu ruszył
znów na wysokość 4-go. W tym czasie został ciężko kontuzjowany
rotmistrz Waraksiewicz, a pod rotmistrzem Dziewickim raniono konia.
4-y szwadron ruszył ponownie do ataku na zbliżającą się piechotę (po
raz trzeci w tym dniu), gdy od lewego skrzydła pułku zjawiła się znów
nieprzyjacielska kawalerja, zagrażając mu poważnie. Zauważył to
rotmistrz Dziewicki i rzucił się na nią ze swym szwadronem, liczącym
już wówczas 50 szabel. Niemcy znów szarży nie przyjęli i wycofali się
ponownie.
Wkrótce potem oba szwadrony otrzymały rozkaz wycofania się. Już się
ściemniało. Szwadrony odeszły do małej kotliny, położonej na południe
od Stanisławowa, bliżej dworca kolejowego. Tu dołączyły się do nich
szwadrony 2-i i 3-i. Cały pułk się zebrał. Zadanie było wykonane.
11-a dywizja rosyjska wycofała się szczęśliwie. Do Stanisławowa już
wkroczyli od zachodu ścigający ją Niemcy. Pułk w składzie poniżej
400 szabel bez karabinów maszynowych, bez wsparcia artylerji opóźnił o
5 z górą godzin ruch oskrzydlający Niemców, którzy tu zaangażowali
nie mniej niż dwa bataljony piechoty, silnie wsparte artylerją i dwa
szwadrony jazdy. Teraz ruch oskrzydlający Niemców jużby nie miał żadnej
racji - manewr ich więc, który mógł z łatwością doprowadzić do
zguby całą 11-a dywizję, gdyby zajęto ciaśniny, przez które musiała
się cofać, został zupełnie udaremniony. Nie licząc szarż na kawalerję
niemiecką, która ich nie przyjeła, wykonano razem 6 szarż w konnym
szyku: bardzo trudna szarża 2-go szwadronu na Krechowce, szarża 3-go
szwadronu i oddziału karabinów maszynowych w tym samym kierunku, szarża
porucznika Zboromirskiego na czele ułanów, wziętych ze wszystkich
trzech wymienionych wyżej szwadronów, dwie szarże 4-go szwadronu i
jedna 1-go. Zdobycz niewielka, lecz przy stosunku sił i tak
niespodziewana, jeden ciężki karabin maszynowy wzięty w konnym ataku
przez korneta Wysockiego.
Opis bitwy napisany przez pułkownika Mościckiego brzmi jak następuje w
dosłownem tłumaczeniu (pisany był po rosyjsku):
"Opis boju polskiego pułku ułanów pod miastem Stanisławowem, dnia
11 Ist.st) lipca 1917 r.
Jedenastego lipca około godziny 16 pułk, znajdujący się pod rozkazami
11-ej dywizji piechoty w mieście Stanisławowie, otrzymał rozkaz
zatrzymać za wszelka cenę ofensywę przeciwnika i w ten sposób uratować
oddziały 11-ej dywizji piechoty z ich artylerją walczące na zachodnim
brzegu rzeki Bystrzycy na froncie: wieś Zagwóźdź-Uhrynów
Dolny-Jamnica, w warunkach bardzo trudnych wskutek niespodzianego odwrotu
oddziałów 19-ej dywizji piechoty.
Po osobistym przeprowadzeniu rozpoznania i stwierdzeniu, że wytworzona
sytuacja jest rzeczywiście groźna, natychmiast po wyjściu z miasta
rozwinąłem do walki galopem swój młody i nieliczny pułk, zaledwie
kilka dni temu przeformowany z dywizjonu. Pułk jeszcze nie otrzymał żadnych
uzupełnień. Rozwinąłem w pierwszej linji trzy szwadrony, każdy
rozwinięty szeroko w jeden szereg, żeby, wykonując ruch oskrzydlający
na szerokim froncie, wprowadzić przeciwnika w błąd co do szczupłości
moich sił. Potem gwałtownie zaatakowałem przeciwnika, który zaskoczony
tem niespodzianem natarciem cofnął się, tracąc wielu zarąbanych i
rannych, przyczem 2-i szwadron zdobył działający ciężki karabin
maszynowy.
Potem pułk cofnął się nieco i pozostał w tem samem położeniu,
zamykając drogę przeciwnikowi i będąc gotowym w każdej chwili rzucić
się ponownie na niego. Po pewnym czasie nieprzyjaciel, który otrzymał
posiłki, rozpoczął ponowne natarcie i widząc swe uprzednie
niepowodzenie, gdy chciał obejść miasto Stanisława, rzucił się
obecnie ku niemu najkrótszą drogą wzdłuż szosy, chcąc wpaść do
miasta od południowej strony. Natarcie to zostało zatrzymane ponownem
gwałtownem natarciem 3-go szwadronu i oddziału karabinów maszynowych,
które zmusiło przeciwnika do ukrycia się w północnych zabudowaniach
wsi Krechowce. Natarcie nasze wyparło ich i stamtąd, zatrzymało się i
umocniło we wsi. Poczem odparto kilka przeciwnatarć nieprzyjaciela i
pozostanę we wsi do odejścia piechoty z miasta Stanisławowa.
W tym samym czasie na prawem skrzydle przeciwnika pokazały się dwa
szwadrony kawalerji. Na mój rozkaz rozwinięty w ławę 4-y szwadron, mając
za sobą schodem w lewo 1-y szwadron, rzucił się gwałtownie na jazdę
przeciwnika, która nie przyjmując szarży, szerokim galopem odeszła za
swoją piechotą. Wówczas oba te szwadrony, wysuwając naprzód swe lewe
skrzydło, zagroziły prawemu skrzydłu przeciwnika.
Trzykrotne próby natarć przeciwnika między wsiami Opryczkowce i
Krechowce, mające na celu zajęcie uroczyska Dąbrowa, zostały odparte,
najprzód szarżą w konnym szyku 1-go szwadronu, potem szarżą 2 plutonów
4-go szwadronu, i wreszcie ogniem obydwóch szwadronów, spieszonych na mój
rozkaz.
Wielką usługę oddał naszej piechocie młodszy oficer 4-go szwadronu,
kornet Łebkowski, który pilnując z jednym plutonem mostów na rzece
Bystrzycy Sołotwińskiej, pod zabójczym ogniem nieprzyjaciela, zarówno
armatnia, jak z ciężkich karabinów maszynowych i karabinowym, doczekał
się odejścia piechoty i bezpośrednio przed ścigającym nieprzyjacielem
wysadzić w powietrze mosty na rzece Bystrzycy, czem zatrzymał rozpad
nieprzyjaciela i dopomógł do spokojnego odejścia ze Stanisławowa
piechoty i ewakuacji zakładów wojskowych. W ten sposób pułk w składzie
4 szwadronów, mając po 9 rot w plutonach, przez 5 godzin zatrzymał
natarcie 21/2 bataljonów Niemców.
Tak wspaniały rezultat przypisuję memu frontowemu zastępcy,
rotmistrzowi Waraksiewiczowi, dowódcy 1-go szwadronu, rotmistrzowi
Dziewickiemu - dowodzącemu 2-m szwadronem, porucznikowi Podhorskiemu
dowodzącemu 3-m szwadronem, podrotmistrzowi Sobieszczańskiemu - dowodzącemu
4-a szwadronem, podrotmistrzowi Żółkiewskiemu - dowódcy oddziału
karabinów maszynowych, bohaterskiemu porucznikowi Zboromirskiemu,
dwukrotnie ciężko rannemu, wszystkim panom oficerom, a także
nadzwyczajnej odwadze, dzielności i wytrzymałości ułanów. Wielką
odwagę wojskową i dzielność wykazali w tej walce pułkowy adjunant,
kornet Zdziechowski, dowódca łączności - kornet hrabia Bem de Cosban,
którzy pod zabójczym ogniem artylerji, karabinów maszynowych i karabinów
wozili moje rozkazy do najbardziej zagrożonych punktów.
Straty pułku: zabity l oficer, rannych 4 oficerów, zabitych 31 ułanów,
rannych 46 ułanów, koni zabitych i rannych 106.
Straty, tak nieznaczne w stosunku do osiągniętego przez pułk rezultatu,
przypisuję luźnemu szykowi bojowemu, w którym pułk działał.
Najlepsza ocena tej walki jest dla pułku depesza Naczelnego Wodza, generała
Kornikowa, otrzymana w pułku oraz podziękowania dowódcy 11-ej dywizji
piechoty i dowódcy XII korpusu.
Oryginał podpisał dowódca polskiego pułku ułanów, pułkownik Mościcki,
pułkowy adjutant, kornet Zdziechowski.
Za zgodność odpisu : Adjutant Polskiego Pułku Ułanów (l) Kornet
Zdziechowski"
Powyższy opis boju, jedyny figurujący w oficjalnym dokumencie i pisany
bezpośrednio po bitwie, choć bardzo krótki i suchy, choć pomija
wszelkie szczegóły, daje jednak dość wyraźne pojęcie o całokształcie
bitwy oraz o zamiarach dowódcy pułku.
Zebrawszy pułk i wiedząc, że dywizja już odeszła, chciał pułkownik
Mościcki jeszcze przesłać burmistrzowi miasta Stanisławowa list,
napisany przed bitwą do Rady Stanu, żeby dać w Polsce znać o sobie.
Listu tego napisanego w bruljonie w bloku meldunkowym nie zdołano
przepisać, trzeba było go wysiać w tej formie, w jakiej był, to jest
napisany ołówkiem.
Treść listu tego została opublikowana w "Kurjerze Stanisławowskim"
z dnia 17 marca 1918 roku nr. 1573. Brzmi jak następuje :
"Burmistrzowi miasta Stanisławowa - dowódca pułku przesyła
tych kilka słów, które chciał wypowiedzieć przy pożegnaniu. Polscy ułani
spełnili jedynie swój żołnierski obowiązek i stanęli w obronie
honoru armji rosyjskiej, w szeregach której, związani przysięga i
poczuciem honoru żołnierza, walczą. Korzystając ze szczęśliwej
okoliczności, prosimy Radę Sławetnego miasta Stanisławowa o przesłanie
wyrazów czci, Miłości, Wierności i Synowskiego Przywiązania do
Ukochanej, Zbolałej i Zniszczonej ziemi Ojczystej Naszej. Jedynym
promieniem jasnym, który nam każe żyć, jest głębokie przekonanie, że
ta Ukochana Polska Nasza zmartwychwstaje teraz z gruzów i podnosi się do
nowego życia. Wspaniała, Niepodległa i Silna.
Uznając powagę. Rady Stanu i ciężkie zadanie, jakie wzięła na swoje
barki, przesyłamy jej wyrazy głębokiego szacunku.
Nowopowstającemu Rządowi Polskiemu składamy hołd! Przewodnikowi i
budzicielowi militarnego ducha Polaków, Generałowi Piłsudskiemu,
wiernemu synowi Ojczyzny, czołem!
Wierząc w rychłe wszystkich Polaków, walczących obecnie pod obcemi
sztandarami o wolność Ojczyzny, zjednoczenie w nowopowstającej, pod
sztandarem narodowym armji w kraju naszym ukochanym, ślemy szczere,
serdeczne, braterskie pozdrowienia.
Niech żyje przyszła potężna Polska Armja, ostają Wolności i
Niepodległości Ojczyzny Naszej.
A gdy ta Święta Nasza Polska nareszcie świtać światu będzie, to
wszyscy Jej synowie, po świecie rozsiani, w Niej swe miejsce odnajdą, i
Jej tylko służyć będą, teraz zaś niech nam, ułanom polskim, wolno będzie
złożyć wszystkim Polakom najserdeczniejsze życzenia, by ta chwila jak
najprędzej nastąpiła.
Niech zagrzmi nad wszystkimi nasze hasło najświętsze: "Niech żyje
Wolna, Niepodległa i Zjednoczona Polska!!!".
List ten trzeba było przesłać burmistrzowi Stanisławowa, który miał
go dalej przesłać adresatom. Nie było to jednak rzeczą, łatwą, bo
miasto było zajęte przez Niemców. Pułkownik więc zażądał ochotnika
na odwiezienie listu. Ułani rzucili się tłumnie. Trzeba było losować
na kogo ma spaść ten zaszczyt. Los wyciągnął ułan Olkowski z 1-go
szwadronu. Pułkownik mu obiecał, że z całym pułkiem będzie na tem
samem miejscu czekał na jego powrót. Olkowskiemu udało się przy
wybitnej pomocy ludności cywilnej i dzięki temu, że było już zupełnie
ciemno, list dostarczyć i szczęśliwie wrócić do pułku.
Podczas wysyłania listu był obecny dowódca konnego pułku dagestańskiego,
który się jeszcze nie wycofał za Bystrzycę Nadwórniańską i miał
zamiar cofać się razem z naszym pułkiem. Gdy jednak rosyjski pułkownik
usłyszał, że cały pułk ma czekać na powrót gońca, orzekł, że
jest to szaleństwo i znikł w ciemności, zabierając swój pułk w
niewiadomym kierunku. Pułk przeto został zupełnie osamotniony w swej
kotlince pod groźbą, że lada chwila może być otoczony. Pułkownik
jednak wytrwał i doczekał się powrotu Olkowskiego. Na potwierdzenie
niebezpieczeństwa widać było, jak wylatują w powietrze mosty na
Bystrzycy Nadwórnianskiej, mosty będące kierunkiem odwrotu dla pułku.
Dopiero po godzinie 22 nadjechał Olkowski, który list szczęśliwie doręczył.
Wcześniej jeszcze przywiózł podporucznik Łebkowski dar dla pułkownika
od miasta - papierośnicę. Nie mogąc jej doręczyć pułkownikowi, doręczył
ja uroczyście podporucznikowi Łebkowskiemu burmistrz, p. Stygar.
Pisząc o walkach pod Stanisławowem, trzeba podkreślić czyn ułana
Wedlera, którego Niemcy zaskoczyli na ulicy Stanisławowa i zabili mu
konia. Nie chcąc się poddać, położył się za trupem swego
wierzchowca i bronił się dalej sam jeden do ostatniego naboju - potem
zginał.
ODWRÓT
Teraz pułk, zrobiwszy swoje, musiał odejść, starając się połączyć
ze swojemi taborami, które przed bitwą jeszcze odeszły do Tyśmienicy.
Pułkownik w ciemności prowadził naprzełaj, bez dróg, w kierunku
wschodnim, gdyż o dostaniu się do przepraw przez Bystrzycę nie mogło
być mowy, byli tam już Niemcy, zresztą, mosty były wysadzone. Pułk
przeszedł w bród rozgałęzienie rzeki i doszedł do wału kolejowego koło
stacji Chryplin. Wał był bardzo stromy, a po obu stronach toru znajdowały
się dość wysokie żywopłoty. Zachodziła obawa, że konie ułańskie
nie wezmą tej przeszkody. Jak się jednak okazało, obawy były płonne,
wszystkie konie bez wyjątku przeszły doskonale. Po przejściu toru usłyszano
bardzo gwałtowne wybuchy od strony stacji kolejowej Stanisławów,
wylatywały w powietrze składy amunicji.
Dobrze po północy pułk doszedł do Tysmienicy, zastał tam swoje tabory
oraz dowódcę 11-ej dywizji, który, dowiedziawszy się o przybyciu pułku,
wyjechał na jego spotkanie i gorąco dziękował za uratowanie całej
dywizji. Wyznaczono pułkowi kwatery we wsi Klubowce, gdzie przybył dnia
25 lipca o godzinie 2 minut 30. Od rana dnia następnego miał dalej pełnić
służbę straży tylnej dla 11-ej dywizji. Tabory poszły natychmiast
dalej na wschód, zabierając rannych ułanów i ranne konie.
O godzinie 6 minut 30 pułk ruszył dalej w kierunku na Tłumacz. Ułani
już nie spali 4 noce. Zmęczenie było wielkie. Przed dojściem do miasta
pułk został zaatakowany przez płatowiec niemiecki. Ogień karabinu
maszynowego z płatowca był o tyle celny, że w każdym szwadronie byli
ranni. Sztandar został przestrzelony i raniony koń pod sztandarowym.
W Tłumaczu pułk zatrzymano dla osłonięcia odwrotu. Stanął na
cmentarzu, gdzie wolni od służby ułani nareszcie spokojnie zasnęli między
grobami. Nie wszyscy jednak doczekali się tego odpoczynku, bo z każdego
szwadronu posłano podjazdy na zachód.
Wkrótce nadeszły meldunki o nawiązaniu styczności z nieprzyjacielem, głownie
kawalerja, która w znacznej ilości zbliżała się do Tłumacza.
Tymczasem piechota rosyjska odeszła, pułk wiec też się cofnął wraz z
oddanym mu samochodem pancernym. Przeszedł przez most kolejowy i stanął
na szosie Tłumacz - Jezierzany, nieco na północ od cechy 304. Jeden
pluton z podporucznikiem Rudnickim został wysłany na most szosowy z
zadaniem wysadzenia go w powietrze, gdy podjazdy wrócą, a nieprzyjaciel
się zbliży.
Po wysadzeniu mostów pułk odszedł do Jezierzan. Po
drodze koło wsi Gruszka zjawiła się raptem jakaś kawalerja
nieprzyjacielska. Pułk przygotował się do jej przyjęcia, formując
front ku północy i ustawiając się schodami. Przeciwnicy, zapewne tylko
silny podjazd, zniknęli, nie wdając się w walkę. Na noc pułk stanął
w Jezierzanach. Tym razem było można odpocząć spokojnie. Żadnych placówek
pułk nie wystawiał, żadnych podjazdów nie wysyłał. Całą służbę
czat pełniła piechota.
26 lipca ruszono dalej, pułk szedł w straży tylnej. Chodziło o wielki
pośpiech, gdyż dywizji groziło podobno odcięcie. Bez żadnych trudności
stanął pułk po południu w jakiejś wsi, w której zastał już swoje
tabory. Tu dowódca dywizji jeszcze raz podziękował pułkowi za ratunek.
Dnia tego został wysłany do sztabu dywizji podporucznik Wysocki, wrócił
jednak niebawem, meldując, że sztab opuścił swoje miejsce postoju i
odjechał w niewiadomym kierunku, nie zostawiając pułkowi żadnych
rozkazów. Trzeba było więc iść dalej. Tabory zostały wysłane przez
Uścieczko w stronę Tłustego. Pułk wyruszył 27 o godzinie 3 w następującym
porządku: 3-i i 1-y, 2-i i 4-y szwadrony, przy ostatnim jechał pułkownik.
Szwadrony szły jeden za drugim z 15 minutowemi przerwami. Podczas
przeprawy przez Dniestr zaszedł wypadek bardzo charakterystyczny dla ówczesnych
stosunków w wojsku rosyjskiem. Gdy do mostu doszedł 2-i szwadron, oficer
saperów, który po odwrocie wszystkich oddziałów miał most wysadzić,
spytał się dowódcy szwadronu porucznika Podhorskiego, czy jego szwadron
jest ostatnim. Dowiedziawszy się, że idzie w tyle jeszcze jeden, oznajmił,
że dłużej czekać z wysadzeniem mostu nie może. Po dłuższych targach
zgodził się czekać jeszcze 5 minut. Porucznik Podhorski, nie chcąc
pozwolić na odcięcie drogi odwrotu 4-u szwadronowi, postanowił czekać
przy moście na jego przybycie i w razie potrzeby siła przeszkodzić
wysadzenie mostu.
Tymczasem podjechał do porucznika Podhorskiego jakiś generał, jak się
okazało dowódca brygady piechoty, generał Pierzgajło, prosząc, żeby
mu pomóc do zmuszenia brygady do dalszego marszu, bo żołnierze jego
postanowili dalej nie iść, a zaczekać na Niemców i im się poddać.
Porucznik Podhorski zgodził się i wjechał wraz z generałem pomiędzy
bezładne kupy rosyjskiej piechoty, leżące koło mostu. Szeroko już się
wśród Rosjan rozeszła wiadomość o krwawej rozprawie na ulicach Stanisławowa.
Sama obecność ułanów tym razem wystarczyła. Piechota powstała i
ruszyła dalej. Generał serdecznie podziękował za pomoc i ruszył za
swoja brygadą.
Nadszedł tymczasem 4-y szwadron i ruszono dalej. Jednak do Tłustego nie
można się było dostać. Wysłany tam, na wszelki wypadek podjazd pod
podporucznikiem Płużanskim zameldował, ze Niemcy już się dostali na
tyły rosyjskie i obsadzają miasto. Wobec tego pułk poszedł do Bilczy,
do której doszedł, utrzymując stały kontakt z podjazdami niemieckiemi
na północy. Rozkwaterował się w doszczętnie zniszczonym przez Rosjan
pałacu bilczańskim.
Z Bilczy pułk ruszył, idąc wciąż wśród bezładnych kup rosyjskich,
do wsi Wysuczka, gdzie miał stanąć na nocleg. Jeden szwadron, 2-i,
został wysłany do Borszczowa, na prośbę tamtejszych mieszkańców z
zadaniem uniemożliwienia cofającym się Rosjanom rozgrabienia miasta.
Jednem słowem trzeba było powtórzyć na mniejszą skalę działanie w
Stanisławowie.
Kwaterunkowi szwadronu z podporucznikiem Kentro na czele zastali miasto już
zalane przez maruderów, którzy grabili jak tylko mogli. Musiał wiec
szwadron zaraz przystąpić do roboty. Po godzinie miasto zostało całkowicie
oczyszczone. Całą noc jednak trzeba było czuwać, bo przechodziły
coraz to inne oddziały, a każdy próbować rabować. Nad ranem nawet
jakiś bataljon postanowił zemścić się na ułanach za rzekome krzywdy
swych towarzyszy, lecz był tak zdemoralizowany, że wystarczył konny
atak jednego plutonu, pod dowództwem plutonowego Sitnika, by go zmusić
do odwrotu.
Grabili nietylko szeregowcy, lecz czasem, rzadko coprawda, i oficerowie. Ułan
Jaroszewicz zastał oficera kozaków, w towarzystwie jednego kozaka, na
gorącym uczynku grabieży. Na interwencję Jaroszewicza, oficer kozacki
odpowiedział uderzeniem nahajka po plecach; i przypłacił to życiem;
Jaroszewicz ciął go szablą po głowie i zabił, a spieszącego na pomoc
swemu ificerowi kozaka przebił sztychem szabli. Wypadków takich było więcej.
Zrana opuszczono Borszczów.
28 lipca pułk, bez strat, lecz w ciągłym prawie kontakcie z
nieprzyjacielem doszedł do brucza, i przekroczył go w Skale. Okopy nad
rzeką obsadzone były przez piechotę gwardji rosyjskiej, trzymającą się
jako tako. Pułk stanął na postój poza jej linjami we wsi Arjanówce .
Tu dopiero można było odpocząć poważnie. Tu też pułk połączył się
ze swym ciężkim taborem.
Korzystając ze względnego spokoju, obliczono straty. Wyniosły one 1
oficera zabitego porucznik Zboromirski, zmarł w Żmerynce 2 sierpnia
wskutek ran, otrzymanych pod Krechowcami i 4 oficerów rannych lub
kontuzjowanych (rotmistrz Waraksiewicz, porucznik Mikke, wzięty do
niewoli przez Niemców w stanie nieprzytomnym, uważany wówczas za poległego,
podporucznik Chmielewski i podporucznik Święcicki). Ułanów zabitych -
31, rannych - 46, koni zabitych i rannych 106. Razem wyniosły więc
straty 82 ludzi (wraz z oficerami) i 106 koni, cyfry poważne, jak na
rezultat kilkogodzinnej walki pułku, nie liczącego nawet 400 szabel.
Nazajutrz pułk przeszedł do wsi Dragonówki. Tu otrzymał pierwsze swoje
konie remontowe - 11 koni podarowanych pułkowi prze Alfreda Żurowskiego
z Makowa i przyprowadzonych przez Wacława Podhorskiego. Po trzydniowym
postoju pułk ruszył dalej przez Lanckoronę do Husiatyna, gdzie miał
wesprzeć akcję polskiej dywizji strzelców, a następnie wrócić do II
korpusu kawalerji, w którego skład dotąd wchodził. Nie dochodząc do
Husiatyna, pułk jednak został zatrzymany, a następnie cofnięty na
nocleg do wsi Koczubejówki, skąd skierowano go przez Kamieniec i Chocim
do Besarabji, dla wzięcia udziału w zamknięciu świeżo tam powstałej
przerwy w froncie rosyjskim. Na nocleg pułk stanął we wsi Rukszyn, już
w Besarabji. Spodziewano się jakiejś akcji nazajutrz, lecz skończyło
się na dość ożywionej działalności patroli, bez wciągnięcia pułku
do poważniejszego działania. W dniu tym pułk dołączył do II korpusu
kawalerji i otrzymał rozkaz, iść wraz z nim do Rumunji. Na nocleg pułk
stanął w nadgranicznem miasteczku Nowosielicy. Pułk, dochodząc do
miasteczka, mijał inne pułki korpusu, witany przez nie dźwiękami
"Jeszcze Polska nie zginęła". Owację tą zainicjował pułk
archangielogrodzkich dragonów, którym dowodził pułkownik Sawicki, późniejszy
polski generał. Po bardzo ciężkim 80-kilomentrowym marszu w silny upał
pułk przez Michajleni doszedł do wsi Szendryczeni (koło miasteczka
Dorohoj), gdzie został zatrzymany na czas dłuższy.
Po paru już dniach na rozkaz pułkownika Mościckiego rozpoczęto ćwiczenia,
na których on sam był zawsze obecny. Wykonywano ćwiczenia plutonowe,
szwadronowe i pułkowe. Te ostatnie były specjalnie uciążliwe, gdyż
dowódca pułku wymagał musztry formalnej w zwartym szyku całego pułku
w pełnym galopie; niektóre obroty, jak naprzykład odwrócenie pułku w
szyku rozwiniętym na lewo w tył, wymagało olbrzymiej wprawy ułanów i
oficerów i często kończyło się licznemi wypadkami. Polową jazdę
oficerów prowadził dowódca pułku osobiście, przyczem jazdy te miały
zazwyczaj charakter zupełnie karkołomny.W Szendryczeni pułk otrzymał
znów partję koni, 16 sztuk, ofiarowanych przez Aleksandra Sadowskiego z
Orynina. Tu też zaczęły dochodzić pierwsze echa krechowieckiej bitwy,
która jak się okazało była już dobrze znana w całej Rosji.
ECHA KRECHOWIEC
Bitwa pod Krechowcami była właściwie tylko działaniem opóźniającym,
wykonanem przez jeden, nieliczny pułk. Przeciwnik użył tu 2 - 2 1/2
bataljonow piechoty, 2 szwadrony kawalerji oraz artylerję, razem 1500 do
2000 ludzi. Wobec olbrzymich zmagań wojny światowej był to epizod
drobny, rozpętał on jednak całą burzę w prasie zarówno polskiej, jak
i rosyjskiej, a nawet wywołał pewne odgłosy w prasie niemieckiej. Po
kilku dniach był znany całemu społeczeństwu, stał się zaczątkiem
licznych legend, stworzył pułkowi ogromna popularność u swoich i u
obcych, wreszcie nadał mu imię. Dlaczego? Czem to wszystko wytłumaczyć?
Nietylko działania wielkich nas, nietylko akcje na wielka skalę zostają
zapisane złotem! zgłoskami w dziejach wojska. Bohaterskie działanie
garstki ludzi zapisuje się głębiej w pamięci ludzkiej i silniej nieraz
działa na wyobraźnie, niż poruszenia wielkich mas. Najbardziej znanym w
Polsce i najpopularniejszym zapewne epizodem epopei napoleońskiej jest
Samo Sierra, a przecież tam działał jeden tylko szwadron i cała akcja
trwała zaledwie 8 minut. Jeden szwadron też tylko szarżował pod Rokitną.
Olbrzymi rozgłos zawdzięcza krechowiecka bitwa przedewszystkiem
niezmiernie śmiałej koncepcji dowódcy. Rzeczywiście, opóźniać
nowoczesnego przeciwnika, posiadającego karabiny maszynowe, artylerję i
samochody pancerne, nie mając właściwie nic tylko szable - wydaje się
szaleństwem. Na szaleństwo takie zdecydować się i przeprowadzić je z
dobrym rezultatem - wydaje się niepodobieństwem. Przecież opóźniano
nieprzyjaciela nie ogniem na daleka odległość, nie zajmując kolejne
pozycje odwrotowe, lecz szarżując kolejno, gdy tylko on próbował posunąć
się naprzód. Nietylko koncepcja takiej akcji była szalenie śmiała,
ale i dla wykonania jej trzeba było nielada ludzi, o żelaznej woli i
wytrwałości. Tu walka nie trwała parę minut, a 5 godzin, tu nie jedna
szarża była wykonana, jak w cytowanych wyżej dwóch przykładach, a 6
szarż raz po raz. Wreszcie zadanie było wykonane całkowicie, cel całej
akcji osiągnięty w zupełności. Dodać do tego należy, że i
przeciwnik był nie bylejaki: bawarczycy - kwiat armji niemieckiej, jednej
z najlepszych w świecie.
Wreszcie, rozkładająca się zupełnie armja rosyjska, stanowiła doskonałe
tło dla tego pięknego czynu. Pośród olbrzymich mas rosyjskich, uciekających
w nieładzie, za lada strzałem, odbija wspaniale ta garstka ludzi, walczących
bohatersko nie o zwycięstwo, nie o jakiekolwiek realne korzyści, a
jedynie tylko o honor żołnierza polskiego, który do końca i zawsze z
największym poświęceniem wykona przyjęte na siebie obowiązki, chociażby
nawet ci, którym ma pomagać, o swoich całkiem zapomnieli.
Podczas postoju w Szendryczeni napłynęły do pułku liczne dowody
uznania czy to w postaci artykułów w gazetach, czy też bezpośrednio do
pułku adresowanych pisa rozmaitych władz i organizacji polskich i
obcych. Między innemi otrzymano nawet powinszowanie od nieżyczliwego dla
formacji wojskowych polskich pana Aleksandra Lednickiego, prezesa komisji
likwidacyjnej dla spraw polskich przy rządzie rosyjskim.
Gazety były przepełnione artykułami o Krechowcach. Pisma rosyjskie
stawiały pułk polski za wzór wojskom własnym. Przytaczać tu wszystkie
głosy prasy niema możności, było ich za wiele, ani też potrzeby, gdyż
zawierały one wszystkie mniej więcej to samo: zazwyczaj znacznie
przesadzony opis bitwy oraz liczne zachwyty nad bohaterstwem polskich ułanów.
Natomiast wydaje się koniecznem zacytowanie pism oficjalnych oraz urzędowych
głosów o bitwie. Jest ich dość znaczna ilość.
Telegram naczelnego wodza armji rosyjskiej, generała Kornikowa (orignał
po rosyjsku) :
Dziękuję z całej duszy dowódcy świetnych ułanów polskich,
bohaterom oficerom i ułanom za ich pierwszy czyn bojowy pod Krechowcami.
Przez czyn ten wskrzesili oni sławę bojową swych przodków i zyskali
prawo zajęcia honorowego miejsca w szeregach świetnej kawalerji
bratniej. Wspominając szalony atak polskich ułanów pod Samo-Sierra,
jestem przeświadczony, ze krew dziadów płynie w żyłach ich wnuków i
ta krew jest gwarancją i zabezpieczeniem wolności odradzającej się
Polski, przyszłej wolności i samookreślenia narodów.
Na każdy szwadron wyznaczam 10 krzyży Św.Jerzego.
(-) Kornikow, generał.
Wyciąg z komunikatu sztabu wodza naczelnego armji rosyjskiej Nr. 1157
z dnia 12/25 lipca 1917 roku (oryginał po rosyjsku) :
...wielką pomoc okazali piechocie ułani polscy atakując sześciokrotnie
w konnym szyku niemiecka piechotę...
Napływały też liczne dowody uznania i podziwu od cudzoziemców.
Francuska misja wojskowa przysłała delegację dla wręczenia odznaczeń,
misje - włoska, belgijska i rumuńska nadesłały przytoczone poniżej
pisma :
List szefa misji belgijskiej (oryginał po francusku) :
SZEF WOJSKOWEJ MISJI BELGIJSKIEJ W ROSJI.
Kwatera Główna, 16 sierpnia 1917 r.
DO PANA PUŁKOWNIKA MOŚCICKIEGO, DOWÓDCY PUŁKU UŁANÓW POLSKICH.
Kochany Pułkowniku!
Komunikaty rosyjskiej Kwatery Głównej szczególnie podkreśliły
waleczne czyny bojowe pańskich dzielnych oddziałów. Ułani polscy
pokazali światu, jak walczy oddział, kierowany przez najczystsze uczucie
patrjotyzmu. Ponownie okryli się oni sławą. Pan, bohater, dowodzący
tymi bohaterami, zechce przyjąć wyrazy podziwu, jaki wywołała w armji
belgijskiej, którą mam zaszczyt reprezentować w Rosji, wieść o
Waszych czynach. Przedkładam memu Najdostojniejszemu Monarsze opis
waszych wybitnych czynów bojowych. Zechce Pan, Panie Pułkowniku, uważać
mnie za swego życzliwego i oddanego towarzysza broni.
(-) Baron de Ryckel, generał porucznik.
List szefa misji wojskowej rumuńskiej do generała Romanowskiego, 1-go
kwatermistrza naczelnego dowództwa :
WOJSKOWA MISJA RUMUŃSKA przy KWATERZE GŁOWNWEJ ROSYJSKIEJ Nr 363.
19 sierpnia (st.st). 1917 r.
PANIE GENERALE!
Po zawiadomieniu Naczelnego Dowództwa rumuńskiego o bohaterskich czynach
pułku ułanów polskich pod Krechowcami - dnia 11 lipca (st.st), które
spowodowały piękny rozkaz dzienny Jego Ekscelencji generała piechoty
Korniłowa, Naczelnego Wodza wojsk rosyjskich, Kapituła orderu przy Głównej
Kwaterze rumuńskiej przesyła na rozkaz Jego Królewskiej Mości Króla
Ferdynanda Rumuńskiego : 2 krzyże kawalerskie orderu "Korony
Rumunji" z mieczami, 5 medali wojskowych i 5 innych 3-ej klasy dla
rozdania podług uznania dowódcy pułku dwom oficerom i 10 szeregowym
(podoficerom lub ułanom).
Pozwalam sobie zwrócić się do Jego Ekscelencji z prośba, o pomoc
przy przesłaniu krzyży do pułku ułanów polskich, które to krzyże
mają być dowodem podziwu Jego Królewskiej Mości Króla Rumunji dla
dzielnego pułku polskiego. Ażeby móc później przesłać dyplomy,
proszę Jego Ekscelencje o zawiadomienie mnie o nazwiskach i stopniach
wojskowych osób, wybranych przez dowódcę pułku dla otrzymania odznaczeń.
Zechce pan przyjąć, panie generale, wyrazy głębokiego szacunku.
Przedstawiciel armji rumuńskiej przy Kwaterze Głównej rosyjskiej.
(-) Coanda, generał adjutant.
List szefa wojskowej misji włoskiej do hr. Zamoyskiego, przydzielonego
do naczelnego dowództwa rosyjskiego :
WOJSKOWA MISJA WŁOSKA W ROSJI.
Kwatera Główna, 25 września 1917 r.
Z powodu spodziewanej bytności Pana u dzielnych Ułanów Polskich, którzy
się tak odznaczyli w bitwie pod Krechowcami, proszę Pana o złożenie w
mojem imieniu Panu Pułkownikowi Dowódcy Pułku i wszystkim dzielnym ułanom
pozdrowień i wyrazów mojego podziwy dla epickiej odwagi Pułku, który
jeszcze raz wspaniale zademonstrował piękne zalety wojskowe Narodu
Polskiego.
Już poinformowałem o czynach dzielnych Polskich Ułanów Dowództwo
Naczelne Włoskie i mam nadzieję, ze wkrótce będę mógł dać im
dowody podziwu Włoch. Dziękując Panu, kochany hrabio, za usługę, która
mam nadzieję zechce Pan nam oddać, proszę, o przyjęcie wyrazów mojej
wdzięczności i szacunku.
Szef Misji (-) E. Romei, generał major.
Bitwa pod Krechowcami wywołała, jak tego dowodzą przytoczone
dokumenty, manifestacje sympatji i podziwu ze strony wszystkich
sprzymierzonych, za wyjątkiem Anglji. Najżywiej wystąpiła misja
francuska, przysyłając do pułku specjalną delegację. Wysoko ocenili
sprzymierzeni czyn bojowy ułanów, lecz, jak się później okazało,
niemniej wysoko ocenił go i przeciwnik, a w danym wypadku jego zdanie
jest najbardziej miarodajne.
Dowódca niemiecki, generał Litzmann, po zajęciu Stanisławowa powiedział
dosłownie burmistrzowi miasta, jak o tem świadczy ten ostatni:
"Powiedz pan, panie burmistrzu, tym ułanom (rannym i wziętym do
niewoli), którzy atakowali moich bawarczyk6w, że otrzymałem od swoich
podkomendnych raport, iż atak ułanów był wykonany z wielka brawurą i
rycerskością. Powiedz pan, że o ich waleczności taka jest nasza
opinja". Podobnie wyraził się generał Litzmann i w rozmowie z wziętym
do niewoli pod Krechowcami podporucznikiem Mikke, oraz dziękował mu,
jako przedstawicielowi pułku, za obronę Stanisławowa od maruderów
rosyjskich.
Nadeszły również depesze od rozmaitych instytucji polskich. Przytaczamy
dwie spośród nich.
Depesza Polskiego Komitetu Wykonawczego:
"Z wieczna, myślą o zjednoczonej i niepodległej Polsce, wierni
honorowi Polskiemu i świetnym naszym tradycjom wojskowym, osłoniliście
własna piersią towarzyszów broni i w szalonym konnym ataku sześciokrotnie
złamaliście żelazna ścianę niemieckich bagnetów. Cześć bohaterom
poległym na polu walki. Cześć zwycięzcom pozostałym. Dumni z Was, ślemy
Wam nie ordery, lecz szczera podziękę, bratnie, staropolskie "Bóg
zapłać".
Depesza zarządu Związku Wojskowych Polaków w Kijowie:
"Armja czynna. Dowódcy 1-go pułku Ułanów Polskich. Do głębi
poruszeni wiadomościami o bohaterskich czynach Ułanów Polskich, myślą
i sercem dzielimy z Wami trudy bojowe, bolejemy nad Waszemi stratami i
jesteśmy dumni z Waszego bezprzykładnego męstwa. Cześć poległym
bohaterom. Niech żyją Polscy Ułani.
Zarząd Związku Wojskowych Polaków Okręgu Kijowskiego".
Nie chcąc z wyłuszczonych wyżej powodów przytaczać całych artykułów
o bitwie, drukowanych w ówczesnych gazetach, cytujemy jednak niektóre
ustępy charakteryzujące znaczenie, jakie jej nadawano, bądź wymieniające
nazwiska poszczególnych oficerów, którzy się w niej odznaczyli:
"Przed kilku dniami obiegła cała prasę europejska wiadomość o
bohaterskich walkach pułku ułanów polskich ... Waleczni ułani zwrócili
na siebie uwagę cesarza Karola, który polecił specjalną otoczyć ich
opieka w niewoli". (Gazeta Polska, Nr. 199 z 1917 r.).
"Na ogólnem smutnem i beznadziejnem tle jaskrawo występują
pojedyncze bohaterskie epizody. W bitwie pod Krechowcami okrył się
niezniszczalną sławą polski pułk ułanów, który sześć razy szarżował
w konnym szyku". (Wieczernij Juznyj Kraj, lipiec 1917 r. Oryginał po
rosyjsku).
"Ludność (Stanisławowa) wspomina z uznaniem nazwiska ułanów: pułkownika
Mościckiego, rotmistrza Żółkiewskiego, Sobieszczańskiego,
Pajewskiego, Waraksiewicza, poruczników Ursyn -Niemcewicza,
Zboromirskiego, Korneckiego (?), Dziewanowskiego, Chmielewskiego, kębkowskiego,
Bema, oraz wziętych do niewoli na polu bitwy porucznika Tadeusza Mikke i
korneta Edwarda Czajkowskiego(l). (Gazeta Polska, Nr. 181 z 1917 r.).
"Dawna sława polskich pułków została wskrzeszona dziś na
smutnych polach hańby i bólu przez dzielny pułk polskich ułanów".
- Dalej następuje opis bitwy i kopja depeszy naczelnego wodza. (Russkoje
Słowo, Nr. 159 z 1917 r.). (Gazeta Polska Nr. Nr. 178 i 179 z 1917 r.).
"Prasa polska w Galicji i Wielkopolsce sławi bohaterstwo ułanów
pod Krechowcami i w Stanisławowie. Ludność Stanisławowa wspomina z
uznaniem oprócz wymienionych uprzednio nazwisk następujących jeszcze ułanów:
rotmistrza Dziewickiego, poruczników: hr. Pruszyńskiego i Chrząstowskiego,
kornetów: Jastrzębowskiego i Kentro, oraz lekarzy Kurnatowskiego i
Kornaszewskiego. Prasa galicyjska oświadcza, ze list pułkownika ułanów
Mościckiego winien być zamieszczony w wypisach szkolnych". (Gazeta
Polska, Nr 184 z 1917 r.).
"Bohaterskie zachowanie się ułanów polskich pod Krechowcami i w
Stanisławowie nasunęło Kurjerowi Lwowskiemu uwagi następujące, które
wypowiedział w artykule wstępnym: Poeci nie trudźcie swej wyobraźni i
piór wykwintnych ! W tragicznej perypetji dzisiejszej wojny oto zakwitła
znowu przecudna róża bohaterskiej Polski. Wyrosła na gruncie honoru
rycerskiego ... Narodowi zostawiają testament wypisany krzyżami mogił,
które nigdy nie pójdą w niepamięć. Zmartwychwstał ułan polski ...
zrodził się z ducha księcia Józefa i z uczestników samosierskiej szarży
... dzisiaj mimowoli pochyliły się czoła wszytkich wrogów i niewrogów
ze czcią najgłębsza ... swoi i nieprzyjaciel jednakowym podziwem przejęci
oddali hołd bohaterstwu polskiego ułana". (Gazeta Polska, Nr. 195 z
1917 r.).
O wrażeniu jakie wywołały Krechowce, może też świadczyć wielka ilość
uroczystych obchodów bitwy krechowieckiej, odbytych nietylko w kraju,
lecz nawet w głębi Rosji azjatyckiej, bo aż w Turkiestanie. Większość
tych obchodów nosiła charakter uroczystych nabożeństw żałobnych zakończonych
manifestacją patrjotyczna. W niektórych brali udział przedstawiciele państw
obcych, władz rosyjskich, a nawet wyższe duchowieństwo wyznań
niekatolickich. Tak naprzykład podczas nabożeństwa w kościele świętych
Piotra i Pawła w Moskwie, dnia 4 sierpnia byli obecni przedstawiciele
duchowieństwa serbskiego i ormiańskiego, władz wojskowych rosyjskich,
konsulowie Francji, Angiji, Italji, Stanów Zjednoczonych, Rumunji i
Serbji (Dziennik Stanisławowski z dnia 17 marca 1918 r. Nr. 1573, Gazeta
Polska, Nr. 176 z r. 1917), na nabożeństwie w Nieświeżu dnia 9
sierpnia 1917 r. był obecny rosyjski dowódca armji generał Daniłow.
Jednym z najbardziej uroczystych był obchód w Krakowie, gdzie mszę żałobną
celebrował ks. arcybiskup Simon, w obecności rady miejskiej, delegacyj
cechów ze sztandarami, weteranów 1863 r. oraz oddziału legjonistow.
(Gazeta Polska, Nr. 189 z r. 1917). Opisy tych obchodów w prasie ówczesnej
były bardzo liczne, jednakże większość z nich do nas nie doszła. Wśród
przechowywanych w pułku, bardzo zresztą nielicznych pismach z 1917 r.
znajdują się opisy obchodów w następujących miastach: w Krakowie,
Lwowie, Stanisławowie, Kijowie, Odesie, Charkowie, Winnicy, Nieświeżu,
Mińsku, Żytomierzu, Knotopie, Orszy, Rżewie, Jarosławiu, Stawropolu i
Taszkiencie.
Były i inne próby uczczenia krechowieckiej bitwy: między innemi naprzykład
pan Zygmunt Kolarski ogłosił konkurs na najlepsza pracę o pułku w języku
polskim i na najlepszy obraz przedstawiający jego szarżę na niemiecka
piechotę, wyznaczjac po 1000 rubli nagrody za każde z tych dzieł.
Francuska misja wojskowa przysłała do pułku delegację w osobach pułkownika
Tabouhis i kapitana księcia Michała Murat'a, którym towarzyszył hr.
Adam Zamoyski. Jednocześnie przybyli dowódcy: korpusu, ks. Tumanów,
dywizji - generał Swieczin i brygady - generał Karnicki. Pułk miał
zaledwie godzinę czasu na przygotowanie się do rewji. Pomimo to wypadła
ona świetnie.
Rozdano przywiezione ordery. Potem przemawiali dowódca korpusu i pułkownik
Tabouhis, odpowiedział im pułkownik Mościcki. Po przeglądzie, gości
zaproszono do klubu na kolację. Liczne mowy zostały wygłoszone. Między
innemi pułkownik Tabouhis nawoływał do wytrwania do końca w walce z
Niemcami, obiecując, że po wojnie "Francja będzie piękna, Anglja
bogata, Rosja wielka, a Polska będzie". Słowa te tak do żywego
dotknęły pułkownika Mościckiego, że, choć wprawdzie powstrzymał się
od ostrzejszego wystąpienia w obecności Francuzów, lecz natychmiast po
ich wyjeździe, w obecności generałów rosyjskich wybuchnął: "Czy
oni myślą, że my się za nich bijemy? Ja się biję nie za Francję i
nie za Rosję. Po co mi te krzyże? Ja się przecież tylko za Polskę biję!",
poczem zerwał z piersi ordery rosyjskie i cisnął je na ziemię.
Zmieszali się Rosjanie, jeden tylko książę Tumanów zachował spokój,
wzniósł toast za pułk i kazał trębaczom zagrać "Jeszcze Polska
nie zginęła". Cała sprawa zresztą wkrótce poszła w niepamięć.
ODZNACZENIA
Pułk został dosłownie zasypany orderami. Krzyży "Świętego
Jerzego" było tyle, że inne pułki korpusu nazywały ułanów
polskich pułkiem kawalerów Świętego Jerzego. Odznaczenia cudzoziemskie
zostały rozlosowane, gdyż było ich za mało żeby można było niemi
obdzielić podług zasług.
Odznaczenia francuskie otrzymali:
Pułkownik Mościcki, podporucznik Zdziechowski, podporucznik Rudnicki -
croix de guerre; podchorąży Milewski - srebrny medal, zamieniony następnie
na croix de guerre; podchorąży Sitnik, podchorąży Piotrowski - złoty
medal; podchorąży Zelewski, podchorąży Gadzin -srebrny medal, kapral
Czosnowski, ułan Sadowski, ułan Łada, ułan Gontka, ułan Pawlicki brązowy
medal.
Odznaczenia rosyjskie otrzymali: Pułkownik Mościcki - krzyż "Św.
Jerzego" 3-ej klasy (klasy 4-ej miał już poprzednio); porucznik
Podhorski; porucznik Mikke - krzyż "Św. Jerzego" (oficerski)
4-ej klasy, podporucznik Łebkowski został przedstawiony do tegoż
odznaczenia, rotmistrz Dziewicki, podrotmistrz Sobieszczański, porucznik
Zboromirski - złoty oręż "Św. Jerzego", podporucznik
Wysocki, podporucznik Bem de Cosban byli przedstawieni do tegoż
odznaczenia; podporucznik Chrząstowski, podporucznik Święcicki Witold,
podporucznik Chmielewski - order "Św. Włodzimierza" 4-ej
klasy, podporucznik Płużański, podporucznik Zdziechowski przedstawieni
do tegoż orderu.
Żołnierskie krzyże "Sw. Jerzego" z palmą (nadawane oficerom
podczas rządów Kiereńskiego na mocy przedstawienia przez szeregowych)
otrzymali: pułkownik Mościcki, rotmistrz Waraksiewicz, rotmistrz
Dziewicki, podrotmistrz Sobieszczański, porucznik Zboromirski,
podporucznik Podhorski, podrotmistrz Żółkiewski, podporucznicy:
Dziewanowski Michał, Płużański, Chmielewski, Wysocki, Mikke, Święcicki
Witold, Zakrzewski, Łebkowski Mieczysław, chorąży Przewłocki.
Poza tem szereg oficerów otrzymało order "Św. Anny".
Podrotmistrz Żółkiewski nie mógł być przedstawiony do żadnego
orderu oficerskiego, gdyż wszytkie bez wyjątku dostępne młodszemu
oficerowi posiadał.
Ułani otrzymali od naczelnego dowództwa 112 krzyży "Św.
Jerzego" i 80 medali, od generała Kornikowa 40 krzyży i od ministra
Kiereńskiego 40 krzyży. Razem 192 krzyże i 80 medali.
Odnaczenia rumuńskie otrzymali:
Pułkownik Mościcki, podporucznik Zakrzewski -order Korony Rumuńskiej;
plutonowy Nowak, plutonowy Surała - medal srebrny; kapral Romanowski,
kapral Pasicz, starszy ułan Janik, ułan Poświata - medale brązowe.
Obiecane pismem szefa misji włoskiej ordery nie nadeszły. Olbrzymia ilość
odznaczeń za jedną bitwę świadczy wymownie, jakie znaczenie nadawano
jej wówczas i jakie wrażenie wywołała.
Poza deszczem orderów i powinszowań, upamiętniono walki pod Stanisławowem
i Krechowcami i w inny sposób. Staraniem miasta Stanisławowa został
odbity medal pamiątkowy, majacy na jednej stronie sylwetka płonącego
miasta, a na drugiej wizerunek ułana na koniu, trzymającego małe
dziecko i przebijającego lancą rosyjskiego żołnierza. Poza tem jedna z
najładniejszych ulic miasta Stanisławowa otrzymała nazwę "Alei Ułanów
Krechowieckich". |